Katarzyna Miller o współczesnych mezaliansach

fot.123rf

Gdyby William Windsor i Kate Middleton chcieli się pobrać 100 lat temu, ich związek uznano by za oburzający. Książę i dziewczyna? Takie rzeczy tylko w bajkach. Dziś kibicują im miliony. Psychoterapeutkę Katarzynę Miller pytamy o to, jakie związki nadal wzbudzają społeczny sprzeciw i burzą schematy. Czy mimo to mogą być szczęśliwe?

fot.123rf
fot.123rf

Mezalians, cóż za urocze, staroświeckie słowo…

Ma w sobie pewien urok i grozę jednocześnie. Gdy kiedyś mówiło się, że ona popełniła mezalians czy też on, to wiadomo było, że stoi za tym jakaś romantyczna historia, że ktoś musiał wyrwać się z jakichś okowów, rozzłościć rodzinę, wystąpić wbrew wszystkim, ale w obronie miłości. Czyli albo głupi, albo odważny (śmiech). Książę Edward dla miłości do Wallis Simpson poświęcił koronę. Wtedy to było coś, choć do końca pozytywną postacią książę nie był, bo kolaborował z nazistami, zresztą trochę pod wpływem Wallis… Ale mezalianse bywały różne, książęce, szlacheckie czy zwykłe, burżujskie. Na przykład bogata panna zakochiwała się w biednym – patrz „Titanic”, albo bogaty pan zakochiwał się w biednej – patrz „Trędowata”.

„Trędowata” to chyba najsłynniejszy polski mezalians filmowy. Niestety, utrwalający przekonanie, że mezalianse kończą się źle.

Nie zawsze, Wallis i Edward sobie szczęśliwie żyli. Mój ukochany film (i książka też) „Kochanek Lady Chatterley” opowiada o milady, która ma romans z gajowym. Ostatecznie z nim uciekła i było ciekawie. Zresztą sam D. H. Lawence, autor książki, rozwiódł pewną arystokratkę, która dla niego zostawiła trójkę dzieci.

Czasem wyjściem jest wyjazd, opuszczenie znanego otoczenia i środowiska.

Czasem ty zrywasz kontakt, czasem robi to środowisko.

A gdybyś miała wytłumaczyć pięciolatce, która usłyszała właśnie w telewizji dziwne słowo i ciągnie cię teraz za twą barwną szatę z pytaniem: „A co to jest mezalians?”, co byś jej powiedziała?

Wiesz, dziecko, dawno temu, a może wcale nie tak dawno, niektórzy ludzie uważali, że są lepsi i gorsi i że ci lepsi to mają na przykład wysokie pochodzenie, a gorsi nie mają żadnego, choć skądś przecież pochodzą. Albo mają pieniądze i znane nazwisko, a inni ani jednego, ani drugiego. Więc uważano, że ci wszyscy, co się jakoś tam wyróżniają, są lepsi. I powinni się wiązać też z lepszymi. Kiedyś to miało i sens, kiedy łączyło się ziemię z ziemią albo jedną fortunę z drugą, choć z drugiej strony nie wszyscy chcieli mieć więcej ziemi czy pieniędzy, dla nich ważniejsza była miłość. I wtedy ktoś bogaty, sławny czy dobrze urodzony wiązał się z kimś zwyczajnym…

Bo go kochał?

Albo pożądał, drogie dziecko. Bo trzeba ci wiedzieć, że ludziom często te dwie rzeczy się mylą (śmiech). W każdym razie w społecznym przeświadczeniu ta osoba, która małżeństwem zniżyła się do poziomu ukochanej czy ukochanego, popełnia mezalians, a druga osoba zyskuje, „podciąga się” o klasę wyżej. I na „Titanicu” ma pokoje na górze, a nie pod pokładem. Zresztą wszędzie ma lepsze pokoje. Ale to tylko z pozoru jest takie różowe. Po pierwsze, nie wszyscy uznają, że na to zasługuje i dają jej to odczuć, a poza tym czasem sama staje się niewolnikiem tego, co dzięki małżeństwu osiągnęła. I tu przypomina mi się świetny film Woody’ego Allena „Wszystko gra”, gdzie nauczyciel gry w tenisa dzięki małżeństwu wchodzi w środowisko bardzo bogate i bardzo kulturalne. I dla tej nowej pozycji potrafi zrobić wszystko, w tym zabić dziewczynę, w której się zakochuje, choć może należałoby powiedzieć, której pożąda.

Ale wróćmy do naszej pięciolatki. Powiedziałabym jej także, że świat od tamtego czasu tak bardzo się nie zmienił, bo nadal są tacy, co to uważają, że są lepsi od innych, i ci, którzy zgadzają się na to. Dziś lepsi to bogatsi, bardziej popularni, utalentowani i piękniejsi. I zauważ, że zwykle oni zaczynają się wiązać między sobą. W końcu badania potwierdzają, że najbardziej udane związki to takie, w których małżonkowie pochodzą z podobnych środowisk. A jeśli nawet nie środowisk, to przynajmniej podobnych sytuacji rodzinno-domowych. Mają wspólne podłoże i język, poza tym rodziny się ze sobą tak nie żrą. Bo co tu dużo tłumaczyć, robotnicy z inteligencją jednak średnio się dogadują.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »