Związek: wspólny adres

123rf.com

Kiedy wpuszczasz kogoś do własnej przestrzeni, pomiędzy bibeloty i codzienne rytuały, możesz się dowiedzieć wielu rzeczy o nim, ale też o sobie. I to jest fascynująca przygoda! – zapewnia psycholog Maria Rotkiel w kolejnym odcinku swojego cyklu.
Zacznę może trochę staroświecko: czy to dobrze, że czasy się zmieniły i całkiem „legalnie” mieszkamy ze sobą przed ślubem?

Moim zdaniem bardzo dobrze. Potrzeba zamieszkania razem, którą możemy określić jako potrzebę bliskości i wicia wspólnego gniazda, była, jest i będzie. To między innymi dlatego kiedyś dość szybko wchodzono w związki małżeńskie. Ponieważ nie było przyzwolenia na życie na tzw. kocią łapę i nikomu nawet nie śniła się legalizacja związków partnerskich, pary, aby móc tego bycia razem spróbować, brały ślub, i to czasami zbyt szybko. Obecnie jest wiele innych powodów, dla których chcemy razem zamieszkać. Po pierwsze, potrzeba bycia non stop razem – ważna zwłaszcza dla etapu zakochania, po drugie, pragnienie zaopiekowania się kimś i bycia zaopiekowanym oraz współdzielenia życia z drugą osobą, charakterystyczne dla etapu miłości. Także seks, który łatwiej i częściej można uprawiać pod jednym dachem niż
„z doskoku” i „po kątach”.

Wiele osób chce wspólnie zamieszkać, by zwyczajnie mieć dla siebie więcej czasu.

Ależ oczywiście, są też takie prozaiczne powody. Jeśli pracujemy długo i na dodatek tracimy dziennie dwie godziny na dojazdy, często dopiero wspólny adres pozwala na spędzenie kilku chwil we dwoje. Wiele osób chce zamieszkać razem także ze względów finansowych – wspólne gospodarstwo po prostu bardziej się opłaca. Chociaż niektóre pary są razem, lecz razem nie mieszkają, ale to już osobny temat.

Moim zdaniem dobrze by było, żeby zamieszkanie stanowiło etap poprzedzający ślub lub narodziny dziecka albo inne ważne zobowiązania, jak na przykład wspólny kredyt. Bo oprócz tego, że zaspokaja wszystkie powyższe potrzeby, to pozwala tak naprawdę poznać drugą osobę. Nie uda nam się to dzięki randkowaniu i spotykaniu się w odświętnej atmosferze podczas kolacji na mieście. Wtedy zawsze przychodzimy ładnie ubrani, bywamy bardziej błyskotliwi niż zwykle, a przynajmniej się staramy. Jestem jak najbardziej za tym, by randkowanie było stałym elementem dbania o związek, ale nie może być jedynym, na czym go oprzemy. Wspólne mieszkanie pozwala zobaczyć ukochanego od codziennej, zwyczajnej strony. Z całym wachlarzem jego cech, także tych trudnych. Możemy przekonać się nie tylko, jak wygląda rano, ale też jak zajmuje się domem, jak się zachowuje, gdy jest bardzo zmęczony albo nie w humorze. A to przecież ta codzienność będzie budowała potem nasz związek. Poza tym jeśli podczas wspólnego mieszkania wyjdą różnice nie do pogodzenia, to lepiej odkryć je wcześniej, niż po pierwszym roku małżeństwa. Oczywiście, są też osoby, dla których mieszkanie przed ślubem jest sprzeczne z zasadami, jakie wyznają. Życie w konflikcie wewnętrznym nie jest dobre i przyjemne, trzeba więc podjąć decyzję, może iść na jakiś kompromis. Na pewno trzeba to zrobić w zgodzie ze sobą.

A czy jest ważne, kto do kogo się wprowadza?

Moim zdaniem wszystko ma znaczenie. Może to moje zboczenie zawodowe, ale ja zwykle we wszystkim dostrzegam symbolikę i schemat. Przestrzeń mieszkalna przekłada się na przestrzeń w relacji i na to, jaki w niej panuje układ sił. Zamieszkanie razem jest bardzo dobrą okazją, by od początku budować wspólną przestrzeń.

Moja rada jest taka: niezależnie od tego, czy to ty wprowadzasz się do mieszkania partnera, czy on do ciebie, od razu nazywajcie je „naszym”. Mówcie znajomym: „Wpadnijcie do nas”. Możecie nawet symbolicznie zrobić remont, zmienić wystrój kuchni czy sypialni – bo w symbolicznych działaniach tkwi duża moc. Dajcie nową tabliczkę na drzwi: Tomek i Kasia, nagrajcie wspólną wiadomość na sekretarce, kupcie dwie poduchy, dwa kubki, dwa fotele. Zorganizujcie parapetówkę dla znajomych. Wprowadzajcie w przestrzeń elementy „my” i akcentujcie nowy początek.

Ważne jest, by zrobić w naszym domu miejsce dla drugiej osoby. A w ten sposób i w naszym życiu.

Pożegnajmy wygodne, przyjemne życie singla i otwórzmy się na jeszcze przyjemniejsze życie w parze. Ale będzie się to musiało wiązać ze zmianą w naszej głowie, bądźmy otwarci na to, co nowe. Zwykle gdy mieszkamy sami, mamy całą szafę dla siebie, całą łazienkę do własnej dyspozycji, swój bałagan albo swój porządek, mamy swój ulubiony kubek do kawy, swoją stronę łóżka… A tu nagle trzeba się czymś podzielić lub kupić nowe, większe, bardziej praktyczne. Wspólną przestrzeń trzeba uporządkować, oczyścić i zaznaczyć.

Jeśli to partner wprowadza się do ciebie, pozwól mu, by poczuł się jak w domu, rozstawił swoje pamiątki, sprzęty. Ale uwaga, to może być trudne. Masz na przykład swoją ulubioną półeczkę, na której stoją śliczne srebrne „durnostójki” – mówię tu także o sobie (śmiech) – i nagle pojawia się na niej pozłacany puchar za zajęcie drugiego miejsca w osiedlowym meczu z kolegami. Coś, co zupełnie nie pasuje do twojej „wystawy”, jest od czapy i nie w twoim guście.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »