Historia Grażyny


Zacznę od tego, że przymierzam się do napisania książki.

reklama

Wiem dokładnie o czym i dla kogo będzie ta książka i jeżeli Wy też chcecie wiedzieć, to wam powiem. Dla Opiekunek Osób Starszych. Żaden tam poradnik, tylko osobiste przeżycia i refleksje na ten temat.I pewno jedyna jaką w życiu napiszę. Staropolskie porzekadło mówi:”Starość nie radość, młodość nie wieczność” Das stimmt ( niem.zgadza się) Opiekunki osób starszych w Niemczech to już chyba, prawie półmilionowa rzesza kobiet z Polski, które tak jak i ja wyjechały za chlebem do obcego kraju.

W Polsce zrealizowałam pomysł o własnym biurze rachunkowym. Totalna klapa. Przyczyna trywialna. Brak środków na koncie. Ale od zawsze pragnęłam podróżować.Najpierw były to podróże z „Tomkami” Szklarskiego, a od jakiegoś czasu z „Blondynkami” Pawlikowskiej albo „Z kobietami na krańcach świata” Wojciechowskiej. Moje życiowe marzenie udało mi się w końcu zrealizować. Podróżuję.

Jestem W Niemczech i pracuję jako opiekunka osób starszych, ale najpierw był Amsterdam( praca pokojówki),potem Wurtzburg w Bawarii, a teraz czas na Zagłębie Ruhry ( Bottrop i okolice). To niezwykła praca. 24 godziny na dobę z małymi przerwami.

Choć na pierwszy rzut oka wydaje się być łatwa(jedyna trudność to bariera językowa),wcale tak nie jest. Wymaga bowiem pewnych predyspozycji osobistych, doświadczenia w opiece(nawet nad własnymi dziećmi),empatii i niespożytych pokładów cierpliwości.Najgorszy jest zawsze pierwszy tydzień pracy. Wchodzisz do całkiem „nowego” świata.

Druga i chyba największa trudność to nauka RUTYNY osoby podopiecznej, staruszki lub staruszka( choć panowie są ponoć łatwiejsi w obsłudze, ha, ha), która tę rutynę „dopieszczała” przez 70 albo i więcej lat , a Ty musisz załapać jak najszybciej. Inaczej dramatycznie wzrasta poziom kortyzolu po obu zainteresowanych stronach. Lubię to uczucie ‚dogadania się”. Widzę wtedy uśmiechnięte oczy staruszki, słyszę mlaskanie jak „wsuwa” gołąbki i dłużej przytrzymuje moją dłoń gdy mówię ” Gute nacht”. Na takie zaufanie trzeba sobie „zapracować” i to najlepiej w tempie ekspresowym.

Nie wiem jak ja to robię kochani, ale mnie się to po prostu udaje,a kiedy rano patrzę na siebie w lustrze to widzę siebie taką,jaką chciałby mnie widzieć mój pies. Czy to się nazywa powołanie?

Sama nie wiem, ale wiem ,że pomagam. Widzę to i czuję na własnych barkach. I to jest jedna strona medalu. Druga to taka, ze MY OPIEKUNKI zaprzyjaźniamy się ze sobą. I to się dzieje nierzadko już w autokarze, kiedy jedziemy w „tamtą” stronę.

Odwiedzamy się, robimy wypady na wspólne zakupy, dzwonimy do siebie i piszemy maile, wymieniamy przepisami na smakowite kąski. Wspieramy wzajemnie gdy jest „pod górkę”.

Dodajemy otuchy, gdy już brakuje siły, czasem przecież trzeba się porządnie wybeczeć. A potem… alleluja i do przodu!

Czy to jest SOLIDARNOŚĆ? Pewnie tak to można nazwać, ale tylko wtedy, gdy wynika z potrzeby serca.

Serdecznie pozdrawiam

Grażka