Historia Inki


Byłam kochanką.
Jaki to ma związek z zawodową solidarnością kobiet? Jak się dla mnie okazało, ogromny. Aby dopatrzeć się, bądź odkryć jakikolwiek sens międzyludzkich więzi, trzeba czasami sięgnąć własnego dna i zobaczyć najpierw bezsens tego, co dzieje się wokół, aby później, jak z kliszy negatywu odzyskać pozytyw i tym samym doszukać się sensu. A wszystko to po to, aby ratować siebie.
Byłam kochanką.
Stałam się nią po dwóch latach od rozwodu. Rozwód nie był dla mnie traumą, bo był koniecznością. Jednak późniejsze nieplanowane wypadki miłosne zachwiały mną i całym moim życiem.
Byłam kochanką.
Jak się okazało jedną z czterech jednocześnie. Gdy dotarło do mnie, że pokochałam haremowego logistyka, byłam już za daleko, aby nie cierpieć, nie odczuwać bólu, nie poczuć się wykorzystaną, z oszpeconą godnością, z bliznami na całe życie. Przeżyłam własną wersję „Och, Karol”, z tym, że nie było tak śmiesznie, jak w filmie.
Byłam kochanką.
W swej rozpaczy byłam jeszcze na tyle silna, aby podjąć walkę. Nie o uczucia, ale o siebie. Szukałam odpowiedzi na tak wiele pytań, ale najważniejszym z nich było „dlaczego skrzywdziłam siebie?”
I tak zaryczana, z bólem trudnym do wytrzymania znalazłam TO miejsce, gdzie przekonałam się, jak wielką (po)mocą są dla siebie kobiety.
Siedząc na dnie swojego upodlenia spotkałam kobiety, które uciekały… do przodu z podobnych miejsc, jak to, w którym ja się właśnie znalazłam. Gramoląc się z ich pomocą na powierzchnię własnego życia towarzyszyło mi motto: „Uciekamy do przodu z toksycznego związku, od własnych uzależnień i współuzależnień, z miejsca, które nas niszczy w stronę samoświadomości i samostanowienia. Uciekamy tam, gdzie możemy się rozwijać, wzrastać, żyć pełnią i być szczęśliwe.”
Byłam kochanką.
Co to ma wspólnego z solidarnością kobiet na polu zawodowym?

reklama

Dzięki kobietom z http://uciekamydoprzodu.blog.pl/ dotarłam do miejsca, w którym zaczynam być po raz pierwszy w życiu, dotarłam… do siebie.
Blog założyły kobiety, które kilka lat temu przeżywały podobne rozdarcia ciała, duszy, umysłu i każdej innej cząstki własnej. Ich tragiczne doświadczenia stały się zbawienne dla kolejnych Uciekających, szukających wsparcia, pocieszenia, ratunku, rady, wytarcia łez, przytulenia, ale i motywującego kopnięcia. Ten blog to zarówno mocna grupa wsparcia, jak i swoisty rodzaj poradni psychologiczno-coachingowej. To tam poczułam, czym jest kobieca solidarność, jaką siłę niesie i jak bardzo potrafi działać leczniczo. Sądzę, że owe cudownie ciepłe i mądre kobiety, kryjące się pod imionami Vena, Hakuna-matata, Katalina, Median, Honda, jako Matki Założycielki bloga nie spodziewały się tak dużego zainteresowania tym miejscem w internetowej przestrzeni. I choć z jednej strony cieszy fakt popularności bloga, to z drugiej smuci, że wciąż jest tyle kolejnych kobiet, które podejmują próbę ucieczki ze swojego złego życia.
Byłam kochanką.
Dzisiaj jestem świadomą siebie kobietą. Dzięki kobietom z bloga zmieniam się także w sferze zawodowej. Podjęłam kolejne studia, aby w przyszłości pomagać kobietom, które próbują uwolnić się z toksycznych relacji. Tworzę właśnie miejsce, gdzie kobiety będą mogły się spotkać, pogadać i zadbać o siebie.
Znamiennym okazuje się fakt, że większość Uciekinierek całkowicie zmienia swoje życie „po”, także na polu zawodowym. Zmieniają miejsca pracy, zakładają własne firmy, dokształcają się, czyli jak najbardziej „uciekają do przodu”.
A wciąż tykający blogowy licznik „Uciekniętych” świadczy niezbicie, że SOLIDARNOŚĆ KOBIET MA SENS.
Inka