Historia Marianny


W wieku 27 lat pojawiły się u mnie symptomy choroby z grupy autoagresji. Zostałam skierowana pod obserwację „specjalistów” dermatologów w szpitalu klinicznym. Przebotoksowane panie lekarki bezpardonowo poinformowały mnie, żebym myśli o macierzyństwie lepiej porzuciła, bo to hormony i choroba może się „rozbuchać”. Byłam wstrząśnięta tym, co usłyszałam, jednakże nastraszona wizją choroby i zapewniana renomą kliniki uznałam ich „zalecenie” za niepodważalne.

reklama

Po czterech latach spokoju przyszło znienacka pierwsze zaostrzenie choroby. Dramatyczne okoliczności (wysoka gorączka, ból stawów – a do specjalistów, którzy mnie wcześniej konsultowali terminów wolnych brak) zmusiły mnie do szukania pomocy w innych placówkach. Relacjonując swoją sytuację przez telefon, w jednej z przychodni dostałam zielone światło. Lekarka, która zgodziła się mnie przyjąć, zajęła się mną w sposób – jakby to o zdrowie jej samej chodziło. Jej zaangażowanie, fachowość i życzliwość – wzrusza mnie, ilekroć wracam myślami do tamtego dnia. Byłam przecież pacjentem nadprogramowym – a otoczyła mnie opieką na najwyższym poziomie. Wtedy też powiedziałam jej, że chciałabym się u niej leczyć na stałe. Na kolejnych wizytach przedstawiła mi alternatywę leczenia lekiem niedostępnym w Polsce, który ma mniej skutków ubocznych, jest łagodny i który podaje się nawet kobietom w ciąży. W samym macierzyństwie – nie widzi przeszkód, pod warunkiem stałej kontroli lekarskiej. Leczenie lekiem, który zaproponowała przynosi efekty, lekarka oglądając wyniki – uśmiecha się z niekłamaną radością. Z każdej konsultacji u niej wracam podbudowana i pełna wiary, że wszystko co piękne – jeszcze przede mną. Zaś co do możliwego przebiegu choroby – uspokaja mówiąc, że może się u mnie nigdy nie rozwinąć.

P.S. Nie mam pojęcia, ile ta historia ma znaków, ale mam nieodpartą ochotę, żeby się nią z Wami podzielić.

Z pozdrowieniami

Marianna