Ireneusz Czop: Na podium

fot. Rafał Masłow

Kiedyś w szkole teatralnej jeden z pedagogów stwierdził, że czop to nie jest nazwisko na afisz „poczułem się tym dotknięty, obiecałem sobie, że jeszcze mu pokażę. I dotrzymałem słowa” – mówi Ireneusz Czop. Właśnie zagrał w „konwoju” w reż. Macieja żaka u boku Janusza Gajosa i Roberta Więckiewicza. I nie są to pierwsze sławne nazwiska w jego biografii. Od czasu „pokłosia” Władysława Pasikowskiego role nieustannie go ścigają. Przestał wychodzić z castingów ze srebrnym medalem.

Kopie pan jeszcze piłkę?

Czasami z synem.

Michał skończył 16 lat. Nie wstydzi się grać z tatą?

Mówi, nie do mnie, tylko do kogoś z rodziny, że staruszek daje radę. Zadyszki nie mam, ale odzywają się dawne kontuzje.

Na jakiej pozycji grał pan w drużynie Wisła Płock?

Zaczynałem od ławki rezerwowych. Potem byłem stoperem, wysuniętym, pomocą, aż w końcu prawym skrzydłowym w ataku.

Był pan dobry?

Niezły, ale nie miałem predyspozycji do tego, żeby zrobić piłkarską karierę. Ostatnie sparingi, które pamiętam, były wysokie. Na miarę drugiej ligi. Zdarzył się jednak taki mecz, który mi nie wyszedł. Pomyślałem wtedy, że tyle wysiłku wkładam w treningi, a nie dostaję wystarczającej informacji zwrotnej. Piłka przestała być zabawą, sprawiać mi przyjemność. Zauważyłem też, że w grę wchodzi jakaś polityka, układy, do tego doszły kontuzje. A wtedy już, były to lata 80., śpiewałem…

…w katolickim zespole wokalnym Vox Clamantis. Dlaczego nie w jakiejś grupie punkowej?

Bo byłem za popersami i Republiką. Wychowywano mnie w duchu katolickim. Byłem bardzo wierzącym chłopcem, do tego ministrantem, kantorem. Vox Clamantis powstał przy płockim Klubie Inteligencji Katolickiej w kościele seminaryjnym Świętego Jana Chrzciciela. Założył go ksiądz Henryk Seweryniak. Ale zanim tam trafiłem, z kolegami z oazy mieliśmy zespół Soli Deo.

W repertuarze oczywiście piosenki religijne.

Nie mieliśmy większego wyboru. W domu kultury grali „umpa-umpa” albo heavy metal. Trzecim wyjściem była właśnie muzyka religijna. Nasz zespół nie był taki zły, skoro Vox Clamantis postanowił nas podkupić. Ja grałem na gitarze i śpiewałem. Wykonywaliśmy głównie muzykę wokalną z okresu od XIV wieku do współczesnego jazzu. Byliśmy laureatami wszystkich festiwali sacro. Śpiewaliśmy dla papieża, Wałęsy. Fajnie.

Nie był pan chyba święty jako nastolatek?

Przeciwnie. Łobuzowałem, ale zespół mnie ratował, bo byli w nim fajni ludzie. Chciałem spędzać czas w ich towarzystwie. Ksiądz Seweryniak co jakiś czas powtarzał: „Irek, znowu nie przyszedłeś na próbę, znowu jakaś dziewczyna, znowu mówili mi, że się przepychałeś (biłeś) na dzielnicy” i tak dalej, i tak dalej.

I słuchał pan księdza?

On znalazł na mnie sposób. Podsuwał książki, mówił, co przeczytać. I nagle ja, blokers z Płocka, zacząłem interesować się literaturą. Dzięki księdzu Seweryniakowi i babci, która od dziecka czytała mi zamiast bajek powieści Kraszewskiego, zdałem na studia do szkoły teatralnej.

Religia nadal pana angażuje?

Mniej. Aktywny byłem do studiów.

Pana mama nie miała łatwo. Jako 13-latek zadarł pan z ówczesną władzą, kiedy w 1981 roku zerwał pan z muru komunikat o stanie wojennym. Czołgi na ulicach i generał w telewizji robili na panu wrażenie?

Żołnierze, którzy siedzieli na czołgach, coś do mnie krzyczeli, ale myślałem, że to zabawa. Na tym skończyła się ta moja walka z komunizmem. Koło Petrochemii, gdzie mieszkałem z mamą i siostrą, zawsze stacjonowało wojsko. Czołgi na ulicach mogły być czymś normalnym. Nosiłem oporniki w klapie, ale wtedy nie wiedziałem do końca, jakie to ma znaczenie.

W domu rozmawiało się o polityce?

Nie za głośno. Mama pracowała w biurze projektów i miała kontakt z ludźmi z Solidarności. Coś dla nich przepisywała. Chroniło ją to, że samotnie wychowywała dwójkę dzieci. U nas w domu polityka kojarzyła się ze strachem. Po wojnie dziadek dostał czapę za AK. Dwa lata spędził w więzieniu. Kiedy na akademii szkolnej zaśpiewałem „Czerwone maki na Monte Cassino”, babcia była pewna, że teraz zamkną całą rodzinę.

Po co zdawał pan do technikum elektrycznego, skoro lubił pan książki?

Mogłem dostać się do liceum, bo byłem laureatem olimpiady z języka polskiego. Ale wtedy, jak porządny blokers, myślałem, że do liceum chodzą „cieniasy”. Przyjaciel chciał zostać elektrykiem. Postanowiłem zdawać razem z nim. On się nie dostał. Ja spędziłem w technikum elektrycznym pięć lat. Wtedy ojca nie było już z nami. Miałem siedem, osiem lat, kiedy rodzice się rozstali. W domu się nie przelewało, więc uznałem, że warto mieć jakiś zawód. Być może zostałbym specjalistą od instalacji elektrycznych, gdyby nie szczęście do ludzi. Moja nauczycielka niemieckiego Marta Kowalska, którą ze względu na działalność opozycyjną wyrzucano z różnych miejsc, zaczęła edukować mnie literacko. Bez takich osób jak ona nie wiem, jak bym skończył.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »