Iza Kuna: Bo mnie się chce

fot. Marta Wojtal

Jest gwiazdą, chociaż tego o sobie nie powie. Nie ucieka przed paparazzimi, bo nie musi. Po prostu z nikim w nic nie gra. Kocha miasto, lubi jeździć metrem, im głośniej wokół, tym lepiej. Jej nazwisko jest gwarancją jakości i przyciąga do kin. Iza Kuna uwielbia narracje, pisze kolejną książkę, reżyseruje.

Za chwilę premiera twojego reżyserskiego debiutu „Zabawa” w teatrze Polonia. To sztuka twojego męża, dramaturga i lekarza Marka Modzelewskiego. Krystyna Janda, zapowiadając premierę, powiedziała: „Pewnie się rozwiodą”. Nie bałaś się?

Może tak być. Propozycję reżyserowania dostałam od pani Krystyny, nie od Marka, więc to sytuacja dla mnie idealna. Zawsze marzyłam o reżyserowaniu. Lubię aktorów, choć to nie jest wystarczający powód. Sztuka Marka dzieje się na Mazurach, w domu kupionym przez parę bohaterów, którzy mają dzieci z różnych związków. Pojawia się niespodziewany gość, o którym wszyscy słyszymy od dzieciństwa. Zawsze na wigilijnym stole jest dodatkowy talerz, ale nikt nie przychodzi. Pamiętam, że kiedy byłam dzieckiem, było mi przykro z tego powodu. Tak samo, kiedy dowiedziałam się późno, że nie ma Mikołaja. Temat pustego talerza pada w tej sztuce. Jest pytanie, co by było, gdyby jednak ktoś przyszedł.

W teatrze czy w filmie, kiedy pojawia się ten trzeci, zazwyczaj dochodzi do zniszczenia.

Nie chciałabym zdradzać, co się wydarzy, ale przeważnie jest tak, jak mówisz. W związkach też przychodzi trzeci i jest po zawodach. Trzecia osoba wprowadza większą dramaturgię. W naszej sztuce jest trochę grozy, thrillera. Ale jest też śmiesznie, melodramatycznie…

Trudno było ci zbudować autorytet na próbach?

O tym musiałbyś porozmawiać z Anią Moskal, Marcinem Perchuciem i Bartkiem Sakiem, którzy grają w „Zabawie”. Z Anią i Marcinem grałam wielokrotnie. Bartek właśnie został absolwentem Szkoły Filmowej w Łodzi. Tak jak się bez przerwy boję różnych działań, tak tym razem się nie boję, co mnie samą zadziwia. Nie boję się do nich mówić, zwracać im uwagi. Nie boję się wiedzieć. Moi koledzy pracują bardzo ciężko. Podnieca mnie ich praca.

Marek nie bał się, że będziesz mu sztukę poprawiać?

Poprawiłam mu trochę. Staram się schodzić mu z pola, bo kiedy już o coś pytam, to zazwyczaj kończy się potężną awanturą. Z tego powodu nigdy nie udało nam się niczego wspólnie napisać. Ale nie miałam oporów, żeby zaprosić Marka na próbę. Jako dramaturg lubi próby, a jego obecność zazwyczaj dobrze wpływa na spektakl. Ale uważam, że nie zawsze ma rację. Dlatego ciągle go lubię.

Przychodziłaś zawsze przygotowana?

Zawsze wiedziałam, co chcę przeprowadzić. Ale byłam też otwarta na propozycje, gotowa na zmianę planów, na nieoczekiwane. Mimo przygotowania działam spontanicznie. Na próbach zawsze brakowało nam czasu, co dobrze świadczy o aktorach i o mnie. Ciągle chcieliśmy więcej.

W pracy jesteś perfekcjonistką?

Ania i Marcin mnie trochę znają, wiedzą, że u mnie jest albo czarne, albo białe. Szarą mam kuchnię w domu i już mi się nie podoba. Staram się być uważna. Obserwuję. Mam to
zawsze. Zwłaszcza w pracy ze studentami. Uczę w szkole filmowej. Potrafię przez osiem godzin przyglądać się i nic nie mówić albo powtarzać z nimi fragment lub zdanie, jeśli nie słyszę sensu. Zawsze prowadzę zajęcia grupowe. Powtarzam studentom, że monodram może w tym kraju zrobić Krystyna Janda.

Iza Kuna nie?

Nie mogłabym być sama na scenie. Umarłabym ze strachu. Z drugiej strony – sama na scenie? Sama w trasie? Zanudziłabym się na śmierć.

Ale żaden partner by ci nie przeszkadzał.

Lubię partnerów. Dlatego właśnie prowadzę zajęcia grupowe. Jestem przekonana, że człowiek najwięcej się uczy, oglądając innych. Życie też prowadzę grupowe.

Jakie lektury wybierasz do pracy w szkole?

Najlepszą literaturę. „Serce” Amicisa, książki Amosa Oza i Huberta Klimko-Dobrzanieckiego, opowiadania Etgara Kereta. Teraz chciałabym się pochylić nad Eleną Ferrante, przeczytałam jej tetralogię, lata 60., Neapol, chciałabym zrobić adaptację drugiej części. Dzielę się tym, co sama lubię. Chcę pokazać, że wszystko zaczyna się od sensu. Konfetti jest później. Też lubię konfetti, ale najpierw trzeba zrozumieć.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »