Jacek Braciak: Prawda? Czymże jest prawda?

fot. Rafał Masłow

Nieszczególnie lubi dojrzałość, bo „ta cała dyplomacja, to prognozowanie, próby umiaru, ta pozorna dorosłość – to wszystko jest o kant dupy potłuc”. Jacek Braciak mówi o tym, co myśli o miłości, z jakiego powodu nie zagrałby w „Smoleńsku”, czemu nie mizdrzy się do świata i dlaczego lubi, gdy życie jest takie nie wiadomo trochę jakie.

reklama

Jerzy Stuhr powiedział, że moment, kiedy aktor „łapie” rolę, to ten, gdy zakłada buty swojego bohatera.

A nie Tadeusz Łomnicki, a przed nim Jerzy Leszczyński? Coś w tym rzeczywiście jest, że buty są fundamentem w sensie dosłownym i tym bardziej metaforycznym. Buty i charakteryzacja, które determinują aktora do tego, by coś tam w środku siebie znalazł i się z tym stopił. Bo nie mogę zgodzić się z tezą, że aktor ma grać. Wręcz przeciwnie. Aktor nie powinien grać. Jego zadanie, moim zdaniem, polega na myśleniu i czuciu. Zdaje się, że to Gustaw Holoubek z kolei powiedział: „To jestem ja, tylko w innych okolicznościach niż w życiu”. Zwykle nieosiągalnych na co dzień, ale bez ciężaru pokusy prywatności, więc chętnie podłączam się do głosu genialnego Holoubka i gdy gram, myślę: „To ja, to ja jestem prezesem telewizji, hotelowym boyem, szefem kuchni”.

W „Kamperze” gra pan szefa kuchni, silnego, zdecydowanego faceta w eleganckich butach…

To moje prywatne buty, które kupiłem na pchlim targu przy Namysłowskiej, tam koło basenów, dziesięć lat temu za 60 złotych. Ręcznie szyte.

A kupiłby pan sobie buty za sześć tysięcy?

Nie, na pewno nie… Raz kupiłem nową daewoo nexię, kosztowała swoje, ale na szczęście mi ukradli.

Na szczęście?

Tak, bo to niezawodny i okropny samochód. Od punktu A do punktu B i to wszystko. Żadnej frajdy.

Czego mu zabrakło?

Nie wiem do końca. Jazda samochodem ma dla mnie wręcz terapeutyczne znaczenie, więc muszę się w nim dobrze czuć. Wszystko jedno, czy to maluch, którego kiedyś kupiłem od Czarka Żaka, czy amerykański krążownik, bo to się nie wiąże z parametrami, tylko z poczuciem bycia w tej puszce… Wiem, tamten daewoo był po prostu nudny [śmiech]. Zaraz, ale o czym my rozmawiamy? To są dygresje, przeklęte dygresje… To wszystko przez panią.

Ach tak?! Szef kuchni, którego pan gra, nudny nie jest. Mało tego. Pojawia się na chwilę, ale bez niego tego filmu by nie było, a pana udział w „Kamperze” określono jako „udział specjalny”. O co w tej nazwie chodzi? Jest pan przynętą?

Nie mam zielonego pojęcia, ale już kilkakrotnie zdarzyło się, że pojawiam się na plakacie albo wśród głównej obsady, choć moja rola jest mniejsza. Miałem takie zdarzenie przed laty, że przyjechałem do Rzekcina, do domu. Niespodziewanie. Do tego Rzekcina, gdzie…

„Dokuczała zimna woda, studnia, pęknięta ściana, przemoczone buty, daleko do przystanku, wiecznie odmrożone ręce”.

A w lodówce leżała wtedy tylko jakaś smętna parówka. Zmieszana mama powiedziała: „Nie zdążyłam…”, i zapytała mnie, co ostatnio robiłem. A ja co? Akurat zagrałem epizod hotelowego boya w serialu „Panny i wdowy”. Z panem Nowickim, i w ogóle byłem wniebowzięty. W dwa dni zarobiłem równowartość miesiąca ciężkiej pracy mojej mamy przy kapuście u plantatora. A praca ta polega na tym, że wykonuje się ją na przełomie września i października, kiedy są już przymrozki. Zaczyna się o świcie, gdy w liściach główki kapusty jest pełno wody, więc po 10 minutach człowiek jest mokry od pasa w dół i zziębnięty. I tak pracuje cały dzień. A tu nagle ja, z poczuciem, że w tym serialu przecież tak naprawdę nic wielkiego nie zrobiłem, ubrali mnie, pomalowali, wypowiedziałem jedną kwestię, nakarmili mnie w cateringu i odwieźli roburem do akademika. Miałem wtedy ogromne skrupuły, ale pozbyłem się ich, ponieważ pomyślałem sobie, że skoro są ludzie, którzy chcą mi za to płacić… Bo kapustę też mogę wycinać, kapustę może wycinać każdy. I tu się gryzę w język – aktorem też może być każdy.

Ja nie.

Dlaczego?

Zagrałam raz elfa w amatroskim przedstawieniu dla dzieci. Trauma do dziś.

Aaa, bo była już pani dorosła i to się wiąże z tym wszystkim, czego nabywamy z wiekiem, wstydem, wyobrażeniem siebie. Natomiast jak się ma naście lat i trafia się do szkoły teatralnej, to robią z tobą, co chcą, źle lub dobrze, często, niestety, fatalnie. No, ale gdy tobie akurat profesor Łapiński, Englert, Hanin dają sygnał, że nie jest źle, wchodzisz w to natychmiast. I, proszę uwierzyć, że przy pewnym potencjale pychy bycie aktorem jest łatwe. Trzeba mieć jeszcze tylko w sobie wolę ekshibicjonizmu, zdolność egoizmu i potrzebę bezwstydu. I już – aktor gotowy [śmiech].

Ja umarłam ze stresu, a gdy na widowni zobaczyłam Krzysztofa Maternę i Marka Kondrata… wróciłam za kotarę i duszkiem wypiłam pół butelki whisky. A potem nie mogłam trafić karocą z wróżką w środku do wyjścia. 

A widzi pani, dlatego alkohol jest niewskazany na scenie.

A poza?

Jak tam kto uważa.

A pan jak uważasz?

Że są pewne rzeczy niebezpieczne, których należy unikać.

Czego jeszcze warto unikać?

Niczego poza tym.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »