Karolina Gruszka: Aktorka, podróżniczka, poszukiwaczka

fot. Marta Wojtal

Karolina Gruszka – zjawisko. Aktorka, podróżniczka i poszukiwaczka. Teatr rozumie jako rozwój duchowy. Wielokrotnie zaskakiwała odwagą wyborów. Jest tuż przed premierą „Słonecznej linii” w Teatrze Polonia, sztuki męża, rosyjskiego dramaturga i reżysera Iwana Wyrypajewa. A potem wyczekiwana od dawna filmowa kreacja „Marie Curie”. I nie będzie to „kobieta z banknotu”.

reklama

To kolejny spektakl Wani, w którym grasz. Dzieje się?

Sztuka ma podtytuł „Komedia, która pokazuje, jak osiągnąć pozytywny rezultat”. A na scenie makabryczna kłótnia małżeńska, omal przez cały spektakl.

A, Wania zapisał Waszą kłótnię?

Nie! Nie jest spisywana z nas. Chociaż gram z Borysem Szycem, nie z Wanią, spodziewaliśmy się posądzeń, że opowiadamy o sobie. W rzeczywistości jesteśmy parą, która właściwie się nie kłóci. Nasze są detale: kolor walizki, bo rzeczywiście mamy żółtą, albo to, że nie odbieram telefonów, bo ciągle mam rozładowany telefon. Nie mamy temperamentu tych ludzi.

Dziesięć lat temu na festiwalu w Kijowie obejrzałaś „Euforię” Iwana Wyrypajewa i postanowiłaś nie tylko pogratulować filmu, ale zaprowadzić reżysera na swój pokaz. Co było w jego filmie, że się odważyłaś?

Miałam poczucie podobnej wrażliwości, czegoś bliskiego, co poruszyło we mnie najgłębszą strunę. Pomyślałam, że jak Wyrypajew zobaczy „Kochanków z Marony”, to może też coś takiego poczuje. Oglądałam „Euforię” wspólnie z Izabellą Cywińską. Czuję dług wdzięczności wobec niej, bo gdyby nie ona, prawdopodobnie nie zdecydowałabym się wtedy podejść do nieznajomego reżysera i zaprosić go na swój film. Później wszystko samo się potoczyło.

Wania opowiada, że wzięłaś go za rękę i zaprowadziłaś na salę.

Myśmy go zaprosiły, a on powiedział, że nie ma czasu. Mówiłyśmy, że gdyby jednak go znalazł, to film się za chwilę zaczyna w sali numer trzy. Okazało się, że zmieniono salę projekcji. Pomyślałam, że pójdę i powiem mu o zmianie na wypadek, gdyby jednak chciał przyjść. Odpowiedział: „Dobrze, to chodźmy”. I wtedy wzięłam go za rękę i zaprowadziłam. A może to on wziął mnie za rękę?

Nie znałaś jeszcze jego teatru?

Nie. Teatr poznałam następnego dnia. Zobaczyłam w Moskwie jego spektakl i pomyślałam, że chciałabym z nim kiedyś zagrać. Ciągle marzę. Może to się kiedyś uda w Warszawie, po polsku? A może w Moskwie, po rosyjsku? Kto wie?

Nie przerażałaby cię wizja duetu z mężem?

Byłabym zachwycona. Zawsze imponowało mi, jak szybko Wania nawiązuje kontakt z widzami. Chciałabym to u niego poobserwować, będąc obok. Poczuć tę energię. Myślę, że na scenie jest silnym partnerem.

Obserwowałem was przy waszej pierwszej wspólnej pracy w Polsce, przy spektaklu „Lipiec” w Teatrze na Woli. Ten monolog bezwzględnego mordercy w twojej interpretacji stawał się koncertem słowa czy też „brudną, oczyszczającą piosenką”, jak pisano. Do dziś wielu widzów i ludzi teatru uważa go za arcydzieło. Jak wspominasz tamtą pracę?

To było bardzo mocne, kształtujące mnie doświadczenie. Właściwie pierwsze spotkanie z tą metodą, tym sposobem pracy. Również pierwszy monodram i jak dotąd ostatni. Skok na głęboką wodę. Nie do końca byłam przygotowana psychicznie. Nie potrafiłam spokojnie wychodzić na scenę. Przeżywałam ogromny lęk. Dosłownie chorowałam na tydzień przed graniem. Byłam poza kontaktem z rzeczywistością.

Jednak wychodziłaś na scenę i porywałaś widownię.

Cieszę się, jeśli tak się czasami działo. Chociaż taki prawdziwy kontakt z widzami nie wydarzał się na każdym spektaklu. Tekst był precyzyjną partyturą, która wywoływała we mnie stan niemal medytacyjno-transowy. Spektakl trwał godzinę 40 minut, był niekończącym się potokiem słów, który miał swoją dramaturgię, rozwijał się, był rozwibrowany. Poza dwiema sytuacjami, kiedy szłam napić się wody i przebrać, nie miałam chwili na zastanowienie, co ewentualnie mogłabym zmienić, na pauzę. Kiedy zaczynałam mówić, musiałam od razu dobrze wskoczyć w tekst, co wymagało ogromnego skupienia, czujności. Kiedy udawało mi się osiągnąć dobry kontakt z publicznością, schodziłam ze sceny napełniona. Nie zdarzyło mi się później w teatrze wejść na taki poziom energii i siły. Pewnie za tym tęsknię. Może kiedyś uda mi się wrócić do monodramu, ale i do tego rodzaju energii, choć już z innym stanem wewnętrznym, jestem lepiej przygotowana.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »