Krzysztof Zalewski: Syndrom Kolonisty

Fot. Bewphoto

Pretekst do rozmowy? Nowy album i trasa koncertowa. A przede wszystkim przełom w muzycznej karierze. Kim jest człowiek, który przed laty wygrał „Idola”, a dziś wyrasta na pierwszoligową gwiazdę?

(Wywiad pochodzi z numeru 1/2018)

Zaraz wydajesz nową płytę. Od poprzedniej minęło zaledwie 12 miesięcy. Jak wyglądał ten ostatni rok?

Odkąd na rynku ukazało się „Złoto”, wydarzyło się dużo dobrego. Moje piosenki zaczęły regularnie pojawiać się w radiu, byłem nominowany do Fryderyków, dostałem Mateusza Trójki, a na koncerty przychodzi trzy, cztery razy więcej ludzi niż do tej pory. Występowałem na głównej scenie Open’era i trasy Męskie Granie. Grałem już tak duże koncerty wcześniej jako muzyk z Kasią Nosowską, zespołem Hey, z Moniką Brodką. Ale dopiero teraz miałem okazję wyjść na scenę i zobaczyć, jak 1700 osób śpiewa moje teksty. To było wzruszające doświadczenie.

O tym właśnie marzyłeś?

To, co się dzieje teraz, nawet przerasta moje wyobrażenia. Dlatego stawiam sobie za punkt honoru, żeby ludzie wychodzili z naszych koncertów pięć centymetrów nad ziemią, naładowani pozytywną energią. W każdym mieście robię z publiczności chór. Śpiewamy nie tylko moje piosenki. Ostatnio wymyśliłem, że na melodię hitu „Loser” Becka wykrzyczymy tekst „Forever Young” po polsku. I teraz tłumy ludzi śpiewają: „Mam 17 lat i w ogóle nie chcę, i nie chcę mieć więcej”, a z największym zaangażowaniem śpiewają ci dobrze po czterdziestce. Ostatnio śpiewał też na cały głos mój tata [aktor Stanisław Brejdygant – przyp. red.], który przyszedł na koncert. Lat 81.

Frajda, co?

Dlatego nawet jak ze zmęczenia nie bardzo wiem, jak się nazywam, nawet z gorączką wychodzę do publiczności. I może mi się wydawać, że zemdleję po zejściu ze sceny, ale dopóki na niej jestem, muszę się spalić. A w najtrudniejszych chwilach przypominam sobie, że o to biłem się co najmniej przez dziesięć ostatnich lat. Niedawno po dużym koncercie w klubie Stodoła nie mogłem spać do piątej rano. Nie nosiło mnie tak, od kiedy zrezygnowałem z ostrego imprezowania.

Chcesz powiedzieć, że ty, rockandrollowiec, nie prowadzisz rockandrollowego życia?

Paradoksalnie to właśnie w momencie, kiedy z niego zrezygnowałem, zacząłem tak naprawdę uprawiać rock and rolla na scenie.

A kiedy podjąłeś decyzję, że rezygnujesz?

Mniej więcej pięć lat temu. Na scenie jestem 15.

To był rodzaj olśnienia?

Powiedzmy, że było to coś pomiędzy olśnieniem a walnięciem głową w mur. Dzisiaj wolę, jak ciarki na ciele, kiedy jestem na scenie, są prawdą, a nie efektem wspomaganym jakimiś substancjami. Nastąpiła zresztą, mam wrażenie, zmiana pokoleniowa. Dziesięć lat temu po pytaniu: „O, to ty grasz w zespole rockowym?”, padało nieuchronne: „No to co, idziemy w miasto?”. A teraz: „Grasz w zespole? Może skoczymy na coś wegańskiego?”.

Po zagraniu pięciu koncertów z rzędu zamiast rano zeskrobywać się na kacu, żeby trafić na śniadanie, idziemy z zespołem na siłownię. Squaszyk, bieżnia. W końcu trasa koncertowa wymaga świetnej fizycznej formy. Właśnie wróciłem z treningu bokserskiego, godzina ostrego wycisku. Ale to i tak jest nic w porównaniu z tym, co muszę z siebie dać na scenie.

Za to sceniczny image masz ciągle mocno rockandrollowy. Czarna kreska na oku, ekstrawaganckie stroje.

To trochę scheda po moim czteroletnim graniu z Brodką. Ona uświadomiła mi, jak ważny jest aspekt wizualny. Światła, efekty, kostium, makijaż. Wychodzę zawsze ze zrobionym okiem. Przybieram barwy wojenne. Bo ja poza sceną jestem jednak trochę innym człowiekiem, nieco bardziej introwertycznym. Najwyraźniej ten swój ekshibicjonizm, ego, wygrzewam w świetle reflektorów i wystarczy. Potem mogę cieszyć się, jak ktoś inny jest szefem imprezy. Ale zanim wyjdę na scenę, potrzebuję zbroi. Czarną kreskę pod okiem robię zawsze na samym końcu. Jak się już przebiorę, wyfryzuję, rozśpiewam, założę szkła kontaktowe. Wychodzę, przez dwie godziny jestem na wysokich obrotach, czarne kreski spływają razem z potem. I mogę już wrócić do bycia spokojniejszym Krzyśkiem.

Próbuję cię rozgryźć. Ten image plus mocne teksty w piosenkach „Polsko” czy „Uchodźca” i główna rola w filmie „Historia Roja”, który miał premierę parę miesięcy temu i stał się jednym z symboli podziału Polski na dwa obozy.

Siedem lat temu dostałem propozycję: „Może byś zagrał, pobiegasz sobie po lesie z karabinem”. Główna rola, duża produkcja. Czasy były inne. Nie było wojny polsko-polskiej. Kiedy czytałem scenariusz, to Rój [komendant Mieczysław Dziemieszkiewicz, uczestnik polskiego podziemia antykomunistycznego – przyp. red.] jawił się niejednoznacznie. To nie była laurka, raczej historia człowieka w sytuacji bez wyjścia. Sowieci zabili mu brata, jego rodzina była prześladowana przez UB, mógł albo uciec za granicę, albo próbować zemścić się, wiedząc, że zginie.

Żałujesz, że zdecydowałeś się na rolę Roja?

Absolutnie nie. Nawet jeśli został mi po tamtej przygodzie uszkodzony przez wybuch na planie nerw słuchowy w lewym uchu. Natomiast wiedząc to, co wiem teraz – że historia żołnierzy wyklętych zostanie zawłaszczona przez skrajną prawicę – nigdy bym się nie zdecydował na zagranie w tym filmie. Ja jednak inaczej pojmuję patriotyzm.

Inaczej, czyli jak?

Uważam, że z ojczyzną jest trochę jak z matką. Trzeba kochać matkę najbardziej na świecie, to jest zdrowe. Ale jak zacznę chodzić po kolegach i mówić: „Moja matka jest fajniejsza od twojej”, to już jest coś nie halo. Według mnie na tym właśnie polega różnica pomiędzy patriotyzmem a nacjonalizmem.

Myślisz jeszcze o graniu w filmach? Pytam o aktorstwo także dlatego, że na naszym rynku niewielu jest artystów, którzy mają równie ciekawe teledyski co ty. Choćby ten do przeboju „Miłość, miłość”, w którym występujesz z Natalią Przybysz. Właściwie to rodzaj performance’u przed kamerami.

Reżyser tego klipu Piotr Onopa wymyślił, żeby zainspirować się happeningiem Mariny Abramović „Artystka obecna”. Abramović po prostu siedziała w nowojorskiej MoMA codziennie przez wiele godzin. Ludzie przychodzili i mogli usiąść naprzeciwko niej, pobyć z nią, spojrzeć jej w oczy. Płakali, śmiali się, wzruszali. W naszym klipie siedzimy naprzeciwko siebie z Natalią połączeni konstrukcją z desek i układanych na nich kruchych filiżanek. Każdy nasz ruch może zachwiać tą konstrukcją. Emocje, które widać na teledysku, są prawdziwe. Nie graliśmy ani przez moment. A siedzieliśmy tak – z dwiema krótkimi przerwami – jakieś osiem, dziewięć godzin.

I konstrukcja ani razu nie runęła?

Tylko na koniec, tak jak widać na teledysku. Przez cały czas siedziałem potwornie napięty, Natalii było łatwiej, jest joginką, powtarzała mi: „To nie jest tak, że musisz tę konstrukcję przytrzymywać ciałem, ułóż się tak, żeby to ona przytrzymywała ciebie”.

Ładna metafora. Przełożyłeś ją na inne sfery życia?

Pamiętam, że w czasie tego trwania w bezruchu i milczeniu uruchomiły się we mnie wspomnienia z wczesnego dzieciństwa.

To były dobre wspomnienia?

Głównie tak, miałem szczęśliwe dzieciństwo. Przynajmniej do 13. roku życia, czyli do momentu, w którym zachorowała moja mama. Może musiałem przez to trochę szybciej dorosnąć? Mama była wspaniałą osobą, próbowała zarazić mnie miłością do teatru, zabierała mnie co tydzień na spektakle, odkąd skończyłem trzy lata. Wpoiła mi też potrzebę bycia dobrym człowiekiem. Tak więc wspomnienia mam fantastyczne, ale kiedy przypomniałem sobie tamto poczucie bezpieczeństwa, wyzwoliło to we mnie falę tęsknoty.

Urodziłeś się i wychowałeś w Lublinie. Jakim byłeś dzieciakiem? Śmiałym, wygadanym?

Niby byłem dobrze wychowany i staroświecko szarmancki – otwierałem przed dziewczynami drzwi – ale byłem też potwornie przemądrzały. Sporo czytałem, a potem co trudniejsze słowa wplatałem w rozmowę, nawet jeśli były kompletnie niepotrzebne. W liceum niektórzy koledzy przezywali mnie „cyrkumstancja”. Na szczęście miałem fajnych kumpli i oni potrafili mnie skutecznie rozbroić. Życzliwie, ale jednak wyśmiać.

Rekompensowałeś sobie coś tymi barokowymi zdaniami?

Nie wiem. Może brak ojca? Tatę poznałem jako nastolatek. Mamy teraz coraz lepszy kontakt. Od kiedy pamiętam, miałem potrzebę brylowania. Ja się nie bałem publicznych występów, nie tremowałem się. Nie wiem, skąd się to bierze, ta potrzeba występowania – ale tak już miałem. Nie postrzegam jej jako czegoś złego, trzeba ją było tylko umiejętnie skanalizować.

Na przykład wygrywając w 2003 roku drugą edycję „Idola”.

Mieliśmy zespół, od kiedy skończyłem 14 lat. Byłem jego liderem, ale ze względu na to, że późno przechodziłem mutację, nie byłem w stanie śpiewać, więc tylko grałem na gitarze. Za odłożone pieniądze nagraliśmy w jakimś studio pierwsze demo, a że w tym czasie był wielki boom na pierwszą edycję „Idola”, postanowiliśmy, że pojedziemy i wręczymy nasze demo jurorom. Ale kiedy w końcu trafiliśmy do programu, trzeba było zawyć. I ja zawyłem. Naprawdę nie wiem, jak to się stało, że mnie przepuścili dalej, a już zupełnie nie mam pojęcia, jakim cudem wygrałem. Ostatnio byłem w programie Kuby Wojewódzkiego i puścił mi fragment tego wycia. Nie dało się tego słuchać.

Tak czy inaczej wygrałeś. Co było dalej?

Miałem trenowany słuch, wiedziałem, że śpiewać nie potrafię, a tu po „Idolu” były osoby, które mi mówiły: „Śpiewasz rewelacyjnie”. No zupełnie jak z piosenki Pogodno: „Świetnie tańczysz, świetnie, mówię ci, śmiejesz się, jak nikt się nie śmieje”.

Co miałeś wtedy w głowie?

Mętlik. Z jednej strony wiedziałem, że to kłamstwa, że wielu z tych ludzi chce coś ugrać na tym, że przez chwilę byłem popularny. Z drugiej – komplementów, nawet bzdurnych – jak mawiał Wiesław Michnikowski – strasznie się przyjemnie słucha. Natomiast cała ta przygoda utwierdziła mnie w przekonaniu, że muzyka to jest to, co chcę robić w życiu. I dziesięć następnych lat spędziłem trochę jak czeladnik. Jak się przeprowadziłem z Lublina do Wrocławia, pierwsze, co zrobiłem, to remont. Własnymi rękami wybudowałem sobie kabinę dźwiękoszczelną do śpiewania. Dwa metry na dwa, klatka z profili metalowych, dwie warstwy regipsu, wełna mineralna w środek. Kabina zasłaniała co prawda okno, ale nie szkodzi. Podłączyłem komputer, śpiewałem, nagrywałem się, pisałem setki piosenek do szuflady. Nadal się przydają. A zarabiałem, biorąc fuchy w studio, śpiewając dziesiątki chórków na płyty innych, grałem covery z zespołami po Polsce. A potem miałem szczęście trafić do Nosowskiej, zespołu Hey, grałem z Muchami, Brodką. Byłem szczęśliwy, że mogę utrzymywać się z muzyki. Ale tak dobrze jak teraz jeszcze nie miałem.

Skąd wziął się pomysł na płytę z utworami Niemena?

W 1987 roku Niemen dał koncert w Jarocinie. Zagrał trudną muzykę: całą płytę „Terra deflorata”. Najpierw była więc niepewność, nawet wrogość publiczności, a skończyło się po polsku, czyli na widowni śpiewali mu sto lat i nie chcieli go puścić ze sceny. W 30-lecie tamtego koncertu Michał Wiraszko, dyrektor artystyczny ostatniego Jarocin Festiwalu, wpadł na pomysł, żeby to jakoś uczcić. Zebraliśmy supergrupę. Świetnych instrumentalistów i siostry Przybysz w chórkach. Takich chórków nie miała nawet Tina Turner! Dobrze nam poszło, ludzie się wzruszyli, czuliśmy, że dzieje się coś wyjątkowego, więc postanowiliśmy nagrać płytę.

Powiesz o niej coś więcej?

Połowa jest bardziej bigbitowa –„Dziwny jest ten świat”, „Jednego serca”, a połowa to piosenki nieznane szerszej publiczności, z nurtu muzyki progresywnej. W nowych aranżacjach. Wydawało mi się, że dobrze znam muzykę Niemena, ale jak się zacząłem przygotowywać do tego projektu, okazało się, że to nieprawda. Poza tym to dopiero było wyzwanie wokalne! Niemen miał niesamowitą skalę. Ja takiej nie mam, a ponieważ jestem jednostką nadambitną, uznałem, że nie będziemy obniżać tonacji specjalnie dla mnie, nie ma takiej opcji. Udało mi się nawet rzucić palenie na miesiąc, żeby poprawić swoje możliwości. Głos dzięki temu podnosi się nawet o tercję.

Żyjesz tylko dla muzyki?

Żyję też dla bliskich mi osób. Dla dziewczyny, dla przyjaciół. Ale tak, mam fiksację, nie wiem, czy byłbym w stanie żyć bez koncertów. Bywa, że na scenie wydarza się coś, co jest już poza mną. Palce biegną po strunach, słowa same wychodzą z gardła, ale staję się częścią czegoś większego. Wtedy jestem tylko przekaźnikiem.

Po takich chwilach bezboleśnie wraca się do codzienności?

To jest na tyle duży haj, że kiedy wracasz do domu, dopada cię syndrom kolonisty. Turnus skończony, a ty próbujesz dojść do siebie. Ale żeby się otrząsnąć, potrzeba przynajmniej jednego dnia, a ja rzadko kiedy mam więcej niż jeden, góra dwa dni wolnego. W ostatnim roku zagrałem sto koncertów.

Myślisz, że długo można funkcjonować na takich obrotach?

Można całe życie. Oprócz tego, że ciało, oczywiście, prędzej czy później wysiądzie, najważniejsze jest to, co w głowie. Mój tata w wieku 81 lat nadal jest aktywny zawodowo, cały czas pisze sztuki, gra, reżyseruje. W tym stanowi dla mnie wzór.

Chciałbyś umrzeć na scenie?

Jak Molier? Oczywiście! Najpiękniejsza śmierć, jaką mogę sobie wyobrazić.

 

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »