Matt Damon: To działa!

fot.123rf

Na planie rewelacyjnego „Suburbicon” spotkali się dwaj aktorscy giganci, prywatnie znajomi, tym razem po różnych stronach kamery. Matt Damon opowiada, jak współpracowało się z George’em Clooneyem, ale i o własnych planach na najbliższy rok.

reklama

Możemy zacząć od ploteczek? Skoro wystąpił pan w filmie reżyserowanym przez Clooneya, jestem ciekawa samych początków waszej znajomości. Trochę czasu jednak minęło.

Poznałem George’a ponad 17 lat temu, ale to było raczej przelotne spotkanie. Tak naprawdę mieliśmy czas się sobie przyjrzeć dopiero na planie „Ocean’s Eleven: Ryzykownej gry” Stevena Soderbergha. Pierwsze, co pomyślałem, to to, że medialny wizerunek Clooneya nie pasuje do tego, jaki jest naprawdę.

No tak, wtedy był postrzegany jako amant, seksowne ciacho.

Mówiło się o nim jako o przystojniaku z serialu „Ostry dyżur”. A przecież był już wtedy partnerem produkcyjnym samego Soderbergha.

Zwykle to kobieta potrzebuje odpowiedniego partnera, by zaczęto ją postrzegać jako istotę myślącą, a nie tylko dobrze wyglądającą. W przypadku Clooneya mamy do czynienia z podobnym krzywdzącym stereotypem: tak naprawdę dopiero związek z Amal Alamuddin odczarował jego wizerunek przystojniaczka.

Pamiętajmy, że kiedy George spotkał Amal, miał na koncie sześć nominacji do Oscara w różnych kategoriach. Nie wiem, czy ktokolwiek w historii powtórzył ten wyczyn. Ale nie ulega wątpliwości, że Amal miała na jego życie niesamowity wpływ, ponieważ jest niezwykłą osobą. Jako świetna specjalistka od praw człowieka, prawa karnego i ekstradycji ma kryształową reputację wśród najlepszych prawników Londynu. A to, jak George’a postrzega się dziś, jest o wiele bliższe prawdy. Producent, reżyser, scenarzysta i aktor, intelektualista, człowiek wielu talentów.

Swoją drogą pamiętam, że w podobnej sytuacji co George znajdował się na przykład Ben Affleck. Pomimo że był najmłodszym w historii zdobywcą Oscara za scenariusz oryginalny [za napisanego wspólnie z Damonem „Buntownika z wyboru” – przyp. aut.], ludzie postrzegali go jako mydłka z kinowych hitów. Po latach jego „Operacja Argo” dostała Oscara za najlepszy film. I dziś Ben jest postrzegany jako ciekawy intelektualnie twórca.

Affleck i Clooney mieli w karierze wyraźnie gorsze momenty. Panu udało się ominąć tę rafę.

Ale byłem bardzo blisko katastrofy. Niemal mnie to spotkało po premierach „Rączych koni” i „Nazywał się Bagger Vance”, a przed „Tożsamością Bourne’a”. Te dwa pierwsze tytuły nie spotkały się ze zbyt entuzjastycznym przyjęciem. Zaczęło się robić dziwnie. „Tożsamość…” była już skończona, ale premiera się odwlekała. W branży zaczynały już krążyć plotki, że producenci czekają z wpuszczeniem jej do kin, bo to pewna porażka, a w takich przypadkach odpowiedzialność spada zwykle na aktora grającego główną rolę. Czułem, że zbliżają się kłopoty.

A jednak „Tożsamość…” okazała się wielkim hitem.

Odczułem niewyobrażalną ulgę. Tyle że nie była to dla mnie walka o życie. Uwielbiam grać, ale moja kariera nabrała tempa dzięki scenopisarstwu i zawsze towarzyszyło mi poczucie, że mam do czego wracać.

Porozmawiajmy jeszcze o „Suburbiconie”. George Clooney zrealizował ten film na podstawie scenariusza braci Coenów sprzed 30 lat.

Akcja nawiązuje do prawdziwej historii rodziny Myersów, Afroamerykanów, którzy w latach 50. przeprowadzili się do dzielnicy Levittown w Pensylwanii, zamieszkanej właściwie wyłącznie przez białych. Mimo że okolica była z pozoru cywilizowana i kulturalna, owa rodzina stała się ofiarą ciągłych okrutnych ataków na tle rasowym. George wrócił do tego tekstu podczas kampanii wyborczej Donalda Trumpa, bo poczuł, że tematy w nim zawarte są, niestety, bardzo na czasie. „Suburbicon” pokazuje, jakimi przywilejami cieszą się biali mieszkańcy USA. Mój bohater, biały przedstawiciel klasy średniej, jeździ po mieście zbryzgany krwią, morduje kolejne osoby i nikt go nawet nie zatrzymuje. Niestety, ostatnie wydarzenia, np. w Charlottesville, pokazują, że intuicja George’a była słuszna. Kiedy oglądałem tych młodych białych chłopaków, którzy wymachiwali pochodniami, krzycząc: „Nie damy się zastąpić Żydom”, nie mogłem uwierzyć w to, co widzę. Filmy są zwierciadłem, w którym przegląda się świat. I to odbicie, które widzimy, nie napawa optymizmem.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »