Reni Jusis: BANG bang

fot. SONY MUSIC.

Długo jej nie było. Ale wraca do muzyki, właśnie wydała nową płytę. Po drodze sporo się w jej życiu wydarzyło. Czy to ta sama Reni Jusis, jaką znacie?

reklama

Pożegnałaś się przebojem „A mogło być tak pięknie”, po czym zupełnie zniknęłaś. Jak dzisiaj brzmią dla ciebie tamte słowa?

Już nie lubię rozczulać się nad sobą. Ważne jest to, co teraz i co stanie się za chwilę. Z wiekiem przyszła też pewna odpowiedzialność. Nie wiem, czy teraz miałabym odwagę tak szczerze mówić o tak osobistych rzeczach.

Bardzo się zmieniłaś przez te lata?

Dopiero niedawno nauczyłam się komunikacji z ludźmi, szacunku dla drugiej strony.

I jak wykorzystujesz tę umiejętność?

Jestem w stanie tworzyć związek. Żałuję tak skomplikowanych relacji z byłymi partnerami. Bardzo dużo winy leży po mojej stronie, mimo że kiedyś wydawało mi się, że to ja byłam tą pokrzywdzoną. Zrozumiałam, jaka byłam konfliktowa i zaborcza, i pomyślałam, że chcę przeprosić moich byłych chłopaków. Odezwałam się do nich, zakopałam topór wojenny. I wiesz co? Niedługo zobaczę się z jednym z nich na koncercie i jestem z siebie strasznie dumna. Super, że się znowu kolegujemy. Dopiero dzisiaj jesteśmy gotowi się zaprzyjaźnić i bardzo mi zależy na tej relacji. Wcześniej nie było na to szans, byłam zbyt niedojrzała.

Który przełom był dla ciebie ważniejszy? Przekroczenie 30. czy 40. roku życia?

Po trzydziestce ułożyłam na nowo relacje z rodzicami. Mam wrażenie, że zadziałał tu taki schemat: wraz z wyprowadzką, chwilę po maturze, ucina się kontakt, a później, kiedy pojawiają się dzieci, wszystko buduje się na nowo. Po raz pierwszy przyznałam też przed samą sobą, kim jestem. Bo ile można żyć, mając w sobie taką dezaprobatę dla siebie? Trzydziestka to był dobry czas na refleksję. I na ważne życiowe zmiany. Z kolei 40. urodziny obchodziłam ze spokojem. I myślę sobie, że byłam jednak straszną szczęściarą. Zjeździłam Polskę wzdłuż i wszerz, zwiedziłam kawał świata, zarabiałam jeszcze na tym pieniądze na rachunki. Jestem wdzięczna za to, że jestem swoim szefem i że mówię sobie czasem „gratuluję”, „dziękuję”. Że miałam odwagę wybrać taki zawód i odnieść w nim sukces.

Miałaś też odwagę postawić w pewnym momencie na rodzinę, dzieci. Zostawiając scenę i karierę.

Kiedyś się mówiło, że aby wychować dziecko, potrzeba całej wioski. Dzisiaj młode matki są zamknięte w czterech ścianach w bloku, radzą sobie z tym wszystkim same, pozostawione z płaczem niemowlęcia, z całą logistyką. Oczywiście, mogą mieć do pomocy nianię, teściów, rodziców i tak dalej, ale mam wrażenie, że współczesne czasy zrzucają na ich barki jeszcze więcej. Kiedy parę lat temu brałam udział w spotkaniu mam w metrze, gdzie ostentacyjnie karmiłyśmy piersią dzieci, żeby pokazać, że to nie jest obrazoburcze, że nie godzi w niczyje uczucia, spotkałam wiele matek gdzieś w macierzyństwie zagubionych. Bo każdy dzień to jest walka o przetrwanie. Musimy się popisywać niezwykłą kreatywnością i mam wrażenie, że każda matka robi magisterkę, jeśli nie doktorat, z codzienności.

Masz więc trzy tytuły magistra. Dwa z macierzyństwa i jeden z dyrygentury. Spodziewałaś się, że tak się to potoczy?

Pamiętam, że bardzo długo wstydziłam się przyznać rodzicom, co chcę robić – a chciałam po prostu śpiewać. Dlatego wybrałam dyrygenturę chóralną, żeby zamydlić im oczy, że celuję poważnie i ambitnie. Muzyka była wtedy całym moim życiem. W szczytowym momencie kariery grałam ponad 20 koncertów w miesiącu. Krzyczałam ze sceny: „Cześć, Poznań!”, a saksofonista nachylał się i mówił mi, że dziś jesteśmy przecież we Wrocławiu. Czułam się wtedy jak koń wyścigowy. Może powoli docierało do mnie, że prawdziwe życie jest gdzie indziej? Może doszłam do takiego momentu, że przestałam mieć z tego frajdę. Poznałam swoje granice, zaczęłam ścigać się ze sobą. To wtedy poznałam Tomka [Makowieckiego, dziś partnera artystki i ojca dwójki ich dzieci – przyp. red.]. Teraz mam wrażenie, że gdyby nie dzieci, byłabym dzisiaj zombi. Funkcjonowałabym na antydepresantach.

Śpiewasz o tych zombi na nowej płycie.

Bardzo przeżyłam film o Amy Winehouse. Oczywiście, to jest ekstremalny przypadek ekstremalnie utalentowanej osoby, ocierającej się o geniusz. Bardzo trudno być w tym świecie ascetą i świętym. Bardzo to wszystko kusi, trzeba być asertywnym. Tylko kto z nas jest superpewny siebie, gdy wchodzi w ten zawód? Każdy leczy jakieś kompleksy, wychodząc na scenę i wybierając sobie taką drogę. I myślę, że rodzina była dla mnie takim wentylem bezpieczeństwa. Żeby jeszcze w porę przypomnieć sobie o innych wartościach.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »