Robin Wright: Teraz my!

fot. BewPhoto

Ikona stylu, bojowniczka o prawa kobiet. Uwielbiany serial „House of Cards” to renesans jej popularności. Wraz z nim spłynęła lawina zachwytów nad tym, że 51-letnia ROBIN WRIGHT wygląda zjawiskowo, może nawet lepiej niż kiedykolwiek. Nam mówi, skąd czerpie siłę i jak ją pożytkuje.

(Wywiad z numeru 11/2017)

Bardzo często wypowiada się pani w sprawie dyskryminacji kobiet. Jest pani feministką?

Oczywiście. Uważam, że chociaż wiele się zmieniło na lepsze, my, kobiety, musimy być czujne. Bo nic nie jest nam dane na zawsze. Świat powinien słyszeć nasz głos.

Tylko czy świat na pewno jest na to gotowy? Na własne uszy słyszałam, jak zadawano pani pytanie o to, jak godzi pani kobiecość ze swoimi poglądami.

Tak, dla wielu feministka to wciąż kobieta z brodą. A feminizm zakłada wolność wyboru i odrzuca takie schematy stworzone przez mężczyzn. Na czerwonym dywanie noszę długie suknie od znanych projektantów. I co z tego? Jak pojawianie się na czerwonym dywanie ma się do moich poglądów? Równie dobrze można być seksbombą i walczyć o swoje prawa.

Pani specjalnością są bohaterki o silnej osobowości, niepoddające się społecznej presji. Podobno postać pierwszej damy w serialu „House of Cards” to pani autorski pomysł, ta rola została pierwotnie napisana nieco inaczej.

To prawda – moja bohaterka miała być początkowo wyłącznie żoną skrupulatnie wypełniającą obowiązki pierwszej damy. Tego typu postać wydawała mi się jednak przeżytkiem, postanowiłam więc nadać jej bardziej niezależny charakter. Przecież pierwsza dama nie musi zadowalać się rolą ozdobnego breloka. Świadczy o tym najlepiej Michelle Obama, która sama byłaby świetnym prezydentem Stanów Zjednoczonych. I chociaż mentalność społeczeństwa zmienia się powoli, uważam, że jesteśmy w przededniu prawdziwej rewolucji.

O jakiej rewolucji mówimy?

Kobiety są coraz bardziej świadome swoich praw. Pokoleniu, które właśnie studiuje, obcy jest już patriarchalny model. Musimy tych młodych ludzi dopingować. I ja to robię, wypowiadając się przy każdej nadarzającej się okazji na temat równości. A równość zaczyna się od tej samej płacy za tę samą pracę. I tu dochodzimy do Hollywoodu. W naszej branży kobiety nadal zarabiają dużo mniej od mężczyzn. To skandal, tym bardziej że – mało kto o tym wie – amerykańska kinematografia została stworzona w dużym stopniu przez kobiety. Dopiero później, kiedy okazała się biznesem przynoszącym góry złota, opanowali ją mężczyźni. Stare bastiony mocno się trzymają. Coś się zmienia, ale w początkach mojej kariery dyskryminacja kobiet to była norma.

Pani najgorsze seksistowskie doświadczenie?

Casting w Paryżu, gdzie wtedy mieszkałam. Miałam 17 lat. Stawiłam się na spotkanie i chciałam coś recytować, ale reżyser kazał mi pokazać biust. Po czym powiedział do asystenta: „Tej nie chcę, wolę cycki poprzedniej”. Przysięgłam sobie wtedy, że już nigdy nikt mnie tak nie potraktuje.

Skoro już o początkach mowa: widzowie na całym świecie odkryli panią w serialu „Santa Barbara”. Wciąż rozpoznaje się pani w tamtej młodziutkiej dziewczynie?

To ciągle ja, choć minęło tyle lat. Poza tym zagrałam tyle innych ról, na świat przyszły moje dzieci, dawno nie mam już 20 lat. A jednak z rozczuleniem powracam myślą do moich aktorskich początków i do osoby, którą wtedy byłam. Wydaje mi się, że pozostałam sobie wierna.

Nawet jako młoda osoba wydawała się pani nadzwyczaj dojrzała. Tak wynika z archiwalnych wywiadów i pani wypowiedzi.

To prawda, bardzo szybko dorosłam. Wychowałam się w drodze. Po tym, jak moi rodzice się rozwiedli, ciągle zmieniałam szkoły i miejsca zamieszkania. Musiałam nauczyć się adaptować do wciąż nowych sytuacji i chronić siebie w tym życiowym huraganie. Nigdy nie przywiązywałam się do miejsc czy osób, nie chciałam cierpieć. To była prawdziwa szkoła życia.

Za to jako kobieta dorosłam później. Ten proces rozpoczął się z chwilą narodzin moich dzieci. Obserwowałam z fascynacją, jak one stają się dorosłymi ludźmi. Dojrzewałam również na planie. Uwielbiam pracę w zespole, codzienne dyskusje nad scenariuszem, kreowanie nowych światów. To dawało mi poczucie bezpieczeństwa, przynależności do grupy. I wielką satysfakcję.

Czas nie wydaje się sojusznikiem kobiet.

To też się zmienia. Spójrzmy tylko na Francję – młody, niespełna 40-letni prezydent jest zakochany do szaleństwa w swojej 64-letniej żonie.

I nie boi się pani upływu czasu?

Raczej akceptuję to, że każdy etap życia rządzi się własnymi prawami. Każdemu odpowiada inny rodzaj kobiecości. Dzisiaj na przykład nie wyobrażam sobie siebie z długimi włosami. Oczywiście, reaguję na różne sytuacje też zupełnie inaczej niż kiedyś. Jak dojrzała osoba, jak matka. Mam zupełnie inne priorytety. Nie, upływ czasu specjalnie mnie nie przeraża. Istnieje przecież medycyna estetyczna. Nie jestem jej przeciwniczką, uważam nawet, że botoks wstrzykiwany z umiarem daje bardzo dobre rezultaty. To idealne rozwiązanie, zwłaszcza że kino nie może obejść się bez aktorek w średnim wieku. Zawsze będą dla nas interesujące role. Świadczy o tym chociażby wspaniała kariera Isabelle Huppert, która skończyła 60 lat.

We wspomnianym „House of Cards” nie tylko gra pani rolę żony prezydenta USA, zajęła się pani także reżyserią. Traktuje pani to doświadczenie jako inwestycję w przyszłość? Chce pani zmienić zawód?

Reżyser ma na planie dominującą pozycję, tworzy całość z poszczególnych elementów. Aktor, nawet genialny, pozostaje tylko jednym z nich. Niby o tym wiedziałam, ale z całą siłą dotarło to do mnie dopiero, kiedy sama stanęłam po drugiej stronie kamery. Przyznaję, że bardzo dobrze czuję się w roli filmowego demiurga, nie zamierzam jednak rzucać aktorstwa. Pracuję w tym zawodzie od ponad 30 lat. To mój świat.

To skąd ta decyzja o reżyserii?

Zawdzięczam ją mojemu serialowemu mężowi – Kevinowi Spacey’emu. On również realizuje niektóre odcinki i w pewnym momencie zaczął żalić się na ogrom pracy. Zaproponowałam więc, że go zastąpię. To był skok na głęboką wodę, ale nigdy nie bałam się ryzyka.

Nie obawiała się pani porażki?

Wierzyłam, że dam sobie radę, bardzo wiele zawdzięczam moim wspaniałym współpracownikom. Wzięli mnie pod swoje skrzydła, dzięki nim odbyłam przyspieszony kurs sztuki filmowej. Kevin dał mi tylko jedną radę: żebym koncentrowała się na konstruowaniu postaci, interakcjach między nimi. Fascynujący bohaterowie to gwarancja sukcesu. Myślę, że to m.in. dzięki nim serial odniósł tak ogromny sukces w Stanach. Jedynym naszym konkurentem jest Donald Trump, który regularnie podbiera nasze najlepsze pomysły i przy jego wyczynach bledną najlepsze scenariusze!

A co to za historia z filmem „The Dark of The Night” [Ciemność nocy] pokazywanym na ostatnim festiwalu w Cannes? Zrealizowała pani krótkometrażowy pastisz czarnego kryminału.

Moja asystentka podsunęła mi scenariusz Denise Meyers, który mnie zafascynował. Film trwa tylko dziesięciu minut, ale to wystarczy, aby postawić najistotniejsze pytania na tematy gender, równości i feminizmu. Ten krótki metraż także mogłam zrealizować dzięki pomocy ekipy serialu „House of Cards”. Wszyscy zgodzili się pracować nad nim w weekend, w dodatku za darmo. Są dla mnie jak rodzina!

Często pracuje pani w niezależnych produkcjach, z dala od głównych trendów Hollywoodu.

Wolałam pracować z Nickiem Cassavetesem [w filmie „Jak jej nie kochać” – przyp. red.] niż grać w kolejnym „Batmanie”. Nie zależy mi na tym, żeby figurować na liście najlepiej opłacanych aktorek i brać udział w megaprodukcjach. Czasami, oczywiście, robię wyjątki, jak w przypadku „Wonder Woman”, ale nie rozpatruję swojej kariery w kategoriach komercyjnego sukcesu. Zdaję sobie sprawę, że kino jest biznesem i ma generować pieniądze, ale znacznie lepiej czuję się, żeglując po własnych morzach.

Otwarcie mówi pani także o swoich politycznych sympatiach. I o tym, czego się pani w dzisiejszych czasach boi.

Może jestem naiwna, ale wierzę, że cztery lata kadencji Donalda Trumpa będą wielką lekcją i Ameryka nie powtórzy już tego błędu. I że nastanie wreszcie czas kobiet. Połączmy nasze siły, w grupie jesteśmy silniejsze. Wykorzystujmy portale społecznościowe, otwierajmy fora dyskusyjne, zabierajmy głos, protestujmy. Dzielmy się naszymi doświadczeniami. I przekuwajmy nasze pomysły w konkretne działania. Nie chcemy przecież, żeby nasze dzieci i wnuki żyły w świecie pełnym przemocy i nienawiści.

Robin Wright: aktorka, producentka, reżyserka. Karierę zaczęła w wieku 14 lat jako modelka. Grała w głośnych filmach lat 80. i 90., takich jak „Forrest Gump” i „Stan łaski”. Rola Claire Underwood w serialu „House of Cards” przyniosła jej Złoty Glob w 2014 roku.

 

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »