Salma Hayek: Salma CUD

123rf.com

Karierę rozpoczęła w latach 90. Nie tak znowu dawno, a jednak w innej epoce, w której sukces latynoskiej aktorki w Hollywood był dla wszystkich sporym zaskoczeniem. Przetarła szlaki i nadal czuła niedosyt. Salma Hayek sprawdza się w roli producentki, żony, mamy, ale i aktywistki, odkąd założyła wspólnie z mężem fundację. – Bo – jak mówi – także hollywoodzkie gwiazdy muszą walczyć z dyskryminacją.

reklama

Jest pani feministką?

Jestem. Kocham kobiety i jestem gotowa bić się o to, żeby ich życie stało się lepsze. Pękam z dumy, że urodziłam się kobietą, i wierzę, że tylko my możemy uczynić świat łaskawszym. Jestem wreszcie feministką dlatego, że spotkałam wiele wspaniałych kobiet, dzięki którym stałam się tym, kim jestem. Jesteśmy silne, dużo silniejsze od mężczyzn. Problem w tym, że nadal się nas dominuje, krzywdzi, odbiera nam prawo głosu. Staram się w miarę swoich możliwości zaradzić tej sytuacji. Myślę o fundacji Kering, którą stworzyliśmy z moim mężem [francuskim miliarderem François–Henrim Pinaultem – przyp. aut.].

O niej jeszcze porozmawiamy, tymczasem chciałabym zapytać o pani historię. Jak dziewczyna z Meksyku została hollywoodzką aktorką?

Byłam bardzo kochanym dzieckiem, pewnie właśnie to dało mi wiarę w siebie. Początkowo w ogóle nie myślałam o aktorstwie, studiowałam nauki polityczne. Wie pani, że całkiem serio chciałam zostać prezydentem Meksyku? Oczywiście, było to praktycznie niemożliwe, ale nie żałuję moich młodzieńczych fascynacji. Wyznaję zasadę, że w życiu najważniejsza jest determinacja w dążeniu do celu. I mówię to, mimo że nieraz ponosiłam klęskę. W Meksyku byłam gwiazdą telewizji i kiedy zdecydowałam się wyjechać i spróbować sił w Hollywood, nikt nie wierzył, że mi się uda. Amerykańscy producenci uważali, że jako Latynoska mogę być przekonująca jedynie w rolach służących i prostytutek. Faktycznie przez długi czas grywałam ogony, a to, że w końcu zaistniałam w Stanach jako aktorka, zawdzięczam głównie swojemu uporowi. Zawsze miałam bardzo buntowniczą naturę, uważam, że każdy wybór zawiera w sobie szansę na wygraną, porażki tylko mnie motywują. Proszę pomyśleć, jak często realizujemy w życiu pragnienia innych ludzi, jak często cenzurujemy i racjonalizujemy nasze własne uczucia i idziemy na kompromis. Niepotrzebnie.

Kolejne przeprowadzki z kraju do kraju zawsze oznaczały tylko wygraną? Nie tęskni pani za swoimi korzeniami?

Nie, ponieważ wszystko, co kocham, noszę w sobie. Byłam bardzo związana z moją rodziną, z Meksykiem, ale mimo to wyjechałam do Los Angeles. Po latach, kiedy już się tam zadomowiłam, spakowałam walizki i wyruszyłam do Paryża. Z kolei teraz mieszkam w Londynie, ponieważ zależało mi na tym, żeby moja córka Valentina chodziła do angielskiej szkoły. Wszędzie, gdzie mieszkałam, traktowano mnie jak kogoś z zewnątrz, co zawsze mnie dziwiło, bo z reguły bardzo dobrze się adaptuję. To prawda, że aby móc żyć w innym kraju, nie należy oglądać się wstecz. Trzeba odciąć się od osoby, którą się było, i iść dalej. Tylko tak można ochronić się przed pierwszym szokiem po przeprowadzce i związaną z nim depresją. Wiem, o czym mówię. Sprawiam wrażenie osoby przebojowej, ale także i mnie zdarzyło się myśleć, że już nic się w moim życiu nie zmieni, że nic dobrego mnie nie czeka, że będę się starzeć w samotności i grywać beznadziejne role. Ale właśnie wtedy stał się cud – poznałam mojego męża i założyłam rodzinę. Jestem żywym dowodem na to, że można się podnieść nawet wtedy, kiedy wydaje nam się to niemożliwe. Gdybym wiedziała, że będę miała wspaniałego męża, który będzie mnie uwielbiał, uniknęłabym na pewno wielu przepłakanych nocy. François zawsze wierzył, że to, co najlepsze, mam jeszcze przed sobą. Powtarzał, że cały świat musi się dowiedzieć, do czego jestem zdolna. A wraz z narodzinami Valentiny otworzyła się przede mną nowa epoka: zostałam matką po czterdziestce i choć dokonałam w życiu wielu rzeczy, będę się upierać, że córka jest moim największym osiągnięciem.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »