Samuel l. Jackson – wywiad

fot.123rf

Ulubieniec Quentina Tarantino, jeden z najbardziej charakterystycznych gwiazdorów Hollywood na ekranie jest – dosłownie – zabójczo zabawny. O czym przekonacie się także w letnim hicie „Bodyguard zawodowiec”.

reklama

Znowu gra pan płatnego zabójcę. To pana specjalizacja?

No cóż, faktycznie zdarzały mi się role zabójców, teoretycznie odpychających delikwentów. A jednak, mimo że byli bandytami, umiałem sobie wyobrazić, jak zabawnie byłoby spędzać z nimi czas. To już punkt wyjścia do sympatii.

Pańskiemu bohaterowi bezustannie musi towarzyszyć ochroniarz. Pan też poza planem ma własnych bodyguardów?

A skąd! Nie chcę, żeby ludzie musieli patrzeć na osiłków, którzy idą przede mną i spychają innych z drogi. Zwłaszcza że w większości miejsc raczej nie czyhają na mnie zagrożenia większe niż intensywniejsze spojrzenie. Tak naprawdę ludzie, choć patrzą, jakby mnie znali, zwykle zdążą minąć mnie na ulicy, zanim dotrze do nich, że to rzeczywiście ja. Choć, oczywiście, zdarzają się sytuacje, kiedy obecność ochroniarzy jest konieczna.

Bywa jak w kinie?

Pamiętam, kiedy pierwszy raz pojechałem do Johannesburga. Na lotnisku przywitało mnie pięciu osiłków. Czekał też na nas kuloodporny samochód. Szef ochrony zaczął tłumaczyć: „Ten tutaj będzie zawsze szedł po twojej prawej stronie, bo jest praworęczny, a ten drugi to mańkut, więc będzie po lewej. Jeśli pana nagle sprowadzą do parteru, proszę się nie opierać!”. Przez chwilę byłem totalnie zszokowany. Przyjeżdżam, żeby promować film, a tu takie kwiatki… Ale to były trochę inne czasy, RPA dopiero dochodziło do siebie po zakończeniu apartheidu. Porwania samochodów, zakaz zatrzymywania się na światłach czy wychodzenia po zmroku z hotelu… Może to miejska legenda, ale ktoś mi wtedy opowiadał, że tamtejsze samochody miewały wmontowane miotacze płomieni. W razie gdyby ktoś próbował cię zatrzymać i okraść. Wróciłem do Johannesburga po latach i nic z tamtych strasznych wspomnień nie było już aktualne. A tak swoją drogą, w pewnym sensie sami jesteśmy sobie winni, że po świecie chodzi swobodnie tylu drani. Brak reakcji, zmora naszych czasów, to też jakaś reakcja.

 

Filmy powinny być blisko życia czy wręcz przeciwnie – jak najdalej, tak żeby można było się w nie zatopić i zapomnieć o tym, co tu i teraz?

Zawsze uważałem, że chodzimy do kina, żeby jednak uciec od codzienności. Ja jako widz wolę się w kinie pośmiać. I sądzę, że właśnie dlatego, kiedy dostaję wiele różnych propozycji ról, intuicyjnie wybieram właśnie te, z których mogą się pośmiać inni. Nie chcę, żeby ludzie zapłacili za bilet, a po wyjściu z kina mieli poczucie, że film zdołował ich równie skutecznie co problemy w domu.

A najbardziej lubi pan, kiedy kino akcji spotyka się z komedią. Tylko czy nie ma pan czasem ochoty zmienić aktorskiego emploi? Przestać już skakać na tle wybuchów?

Ależ ja nie skaczę osobiście. Od czasów „Długiego pocałunku na dobranoc” pracuję z tym samym kaskaderem Kiante’em Elamem, który pochodzi z rodziny z tradycjami. Jego ojciec był pierwszym w historii czarnoskórym kaskaderem w Hollywood. Kiante dorastał, skacząc z balkonów i zwieszając się z dachów, więc jest w tym świetny. A do tego wygląda jak ja! Ja sam nie zrobiłbym dziś nawet fiflaka [figura akrobatyczna, przewrót w tył – przyp. red.].

W przeszłości zdarzało się panu próbować z nie najlepszym skutkiem…

Są takie rzeczy, na które się zgodziłem, i do dziś widzę w lustrze ślady po tamtych decyzjach. Na przykład to [Jackson odsłania ramię, na którym widać wielką bliznę – przyp. red.]. Byłem wtedy na planie w Niemczech…

Tym razem obyło się jednak bez ofiar? W dodatku dał się pan poznać jako utalentowany wokalista. I to jak wszechstronny! Najpierw wykonuje pan brawurowo wielki hit Lionela Richiego, a potem włoską piosenkę religijną.

„Hello” to był mój pomysł i osobiście zadzwoniłem do Lionela. Zgodził się bez wahania. Nie wiedział tylko, że jego piosenka posłuży za muzyczne tło do wielkiej sceny bójki w barze, w której drobna kobietka rozprawia się z kilkoma drabami. Znacznie trudniejszy był popularny włoski utwór, który wykonuję, jadąc busem pełnym zakonnic. Zakonnice znały słowa perfekcyjnie, co było nieco onieśmielające.

No i jeszcze ten taniec – z pańską filmową żoną Salmą Hayek. Nie znałam pana od tej strony.

Mój bohater to co prawda drań, ale też beznadziejny romantyk. Zresztą ja sam chyba mam naturę romantyka, skoro jesteśmy z żoną parą już 37 lat. Coś musi być na rzeczy!

SAMUEL L. JACKSON

rocznik 1948. Studiował architekturę, ale kiedy trafił do obsady musicalu wystawianego na uczelni, poszło mu tak dobrze, że zmienił kierunek studiów na aktorstwo. To jeden z ulubionych aktorów Spike’a Lee („Rób, co należy”, „Czarny blues”, „Malaria”) i Quentina Tarantino („Pulp Fiction”, „Jackie Brown”, „Django”).

Wywiad pochodzi z numeru 9/2017

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »