Jacek Poniedziałek: Pomiędzy „już” a „jeszcze”

fot. Rafał Małow

25 lat temu czułem się non stop nieszczęśliwy, niepotrzebny i samotny. Starszy niż dziś. I z całą masą nieprzepracowanych traum z okresu dojrzewania, czasu biedy i doła – mówi Jacek Poniedziałek, ale nie ucieka od przeszłości. Bo? Bo uważa, że można odkręcić swój los, pod warunkiem że podejmie się próbę spotkania z własną prawdą.

reklama

Boisz się?

Czego?

No, Virginii Woolf.

Nie, właśnie nie, bo ja się nie boję realnego życia, a tytułowa Virginia Woolf jest właśnie tym. Bólem trzeźwego losu, cierpieniem, niepewnością, wczesnym wstawaniem, nudą, powtarzalnością, nieatrakcyjnością bycia z tą samą osobą, odpowiedzialnością za kogoś, zmaganiem się z rzeczywistością, nieprzewidywalnością, niepewną przyszłością, starością, chorobą, smutkiem, samotnością, i co tam jeszcze chcecie…

Naprawdę się tego wszystkiego nie boisz?

Każdy się trochę boi, ja też, lecz nie uciekam od życia. Jestem optymistą praktykiem. Strasznie już stare i wręcz nudne jest to powiedzenie, że co cię nie zabije, to cię wzmocni, ale jest ono bardzo trafne i prawdziwe. Nie mam wielkich złudzeń wobec życia. Nie żyję w sztucznym świecie, no, chyba że fakt, że mieszkam w ładnym mieszkaniu, w centrum wielkiego miasta, gdzie mam blisko do kina, teatru, dobrych restauracji i metra, tramwaju i autobusu, jest jednak jakąś iluzją? Być może prawdziwą rzeczywistością są nasze smutne blokowiska albo śląskie familoki, czarny pył na twarzach górników i frustracja polskich żon i matek? Może… Ale ja się tego nie boję, bo sam pochodzę z wielkiej deprechy i nędzy.

Pamiętasz smażony na patelni chleb?

Jedzony z cukrem! Zapomniałem o nim, a jakie to było pyszne! Muszę go sobie zrobić. Widzisz, to jest tak, że w kuchni jest wiele dań, które wyrosły z nędzy, jak choćby włoskie patate pazze czy francuska zupa bouillabaisse, którą robiło się z resztek ryb i tego wszystkiego, co zostało w spiżarce. I te potrawy uznaje się dziś za wykwintne. A tu, w Polsce? Tu tego nie widać, bo my się naszej biedy wstydzimy, podobnie zresztą jak starości, brzydoty, własnej przeszłości, niedołężności rodziców itd. Polacy przestają się też bawić międzypokoleniowo. Jest gimbaza, trzydziestolatki, czterdziestolatki, a reszta to stare śmieci, od których się odwracamy, bo wydaje nam się, że one są fuj. A w zamian budujemy te swoje wyspy bogactwa i wieże z kości słoniowej, w których chowamy się przed światem. A przecież ten świat to my sami. My, którzy nagle mamy więcej kasy, wszystko kupione na kredyt i w tych swoich zamkniętych szczelnie osiedlach, tych ekranach LCD, w tej luksusowej sztuczności, tych high-tech sarkofagach udajemy, że nas nie ma. A wtedy? „Na szczytach panuje cisza”. A w środku tej ciszy my. Głusi, ślepi ludzie, którzy mogą się już tylko…

Unicestwiać?

Tak, dogorywać, wykańczać się. I to chyba chce powiedzieć Albee w „Kto się boi Virginii Woolf?” – żeby nie uciekać od życia, nie znikać w świecie iluzji, alkoholowym znieczuleniu, bo właśnie ta ucieczka jest zabójcza. Tak jak się dzieje w wypadku głównych bohaterów: Marthy i George’a, którzy w pewnej chwili mają już tylko siebie i swoje fantasmagorie. A poza tym? Są sami, nie słyszą świata, nie widzą przyrody, nie chodzą po ulicach ani do sąsiadów czy krewnych. Siedzą twarzą w twarz ze swoją izolacją, nieszczęściem, depresją, starzeniem się i tą paniczną obserwacją ciała w lustrze. Skaczą sobie do gardeł, mnożąc wzajemne oskarżenia o życiową klęskę.

Mnie najbardziej zabolało zdanie: „Jesteś białą plamą…

…szarą masą, ciebie już nawet nie widać”. Mocne, nie?

Gorsze niż złośliwości i wulgaryzmy.

Bo pozbawiające życia za życia. Ale tak, niestety, mówią do siebie ludzie. Tego sobie życzą. I Albee świetnie to zdemaskował. Pokazał ten mechanizm, kiedy przeszłość determinuje naszą teraźniejszość i relacje z partnerem. Martha tak często powtarza, że ona i jej ojciec są sobie bardzo bliscy, a kiedy ktoś permanentnie powtarza takie rzeczy, to znaczy, że są one jedynie życzeniem. Ona po prostu miała być synem, spadkobiercą ojca, rektora prywatnej uczelni, kontynuatorem, delfinem, a nie niewyżytą seksualnie chłopczycą, bokserką uganiającą się za bokserami, kobietą bez wykształcenia i zawodu, która w końcu znalazła sobie wykastrowanego życiowo i ściganego przez Erynie mola książkowego George’a, żeby złożyć go tatusiowi w ofierze.

Do kogo ci bliżej?

Obojga mi żal. Rozumiem, że Marcie już właściwie nic nie pozostało, tylko zabawy z młodszymi, tym bardziej że faktycznie jest młoda duchem. Rozumiem, że cierpi zaklęta w swojej inteligencji u boku wiecznie zmęczonego zrzędy, ale jednak bardziej poruszająca i bolesna jest dla mnie historia George’a. Porusza mnie los mężczyzny w moim wieku, bliski jest mi jego inteligencki etos, podzielam jego niepokoje, na przykład dotyczące genetyki czy raczej eugeniki, bo on właśnie o niej mówi, o eliminacji starszych, brzydszych, mniej inteligentnych, niesprawnych etc. I też tak jak on rozumiem tę antynomię, ten szczególny rodzaj sprzeczności pomiędzy historią a biologią, starością a młodością, schyłkiem a wstępowaniem. Ciekawi mnie, jak z perspektywy pięćdziesięciolatka patrzy się na dwudziestopięciolatka, czyli w jakimś sensie na siebie sprzed ćwierci wieku. Bo między 25. a 50. rokiem życia mija tylko 25 lat, ale to są lata świetlne, całe dorosłe życie. I w wieku 50 lat wiesz już, że masz z górki. I to jest niesamowicie trudne i emocjonujące doświadczenie.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »