Jasiek Mela: Ja oddycham

for. Magdalena Buksa

Pojechał na Syberię. Zimą. Koleją Transsyberyjską. Było dużo czasu na rozmowy. To dobrze, bo wybrał się tam z ojcem. Wrócili zaprzyjaźnieni. A to cenniejsze niż Everest.

Wybierasz się na Mount Everest?

Nie, a powinienem?

Niektórzy uważają, że po „Tańcu z gwiazdami” przydałoby ci się jakieś wyzwanie.

Ono nadeszło, tylko niewiele osób o tym wie, bo dużo rzadziej pokazywali to w telewizji. Pokonałem połówkę Ironmana: 1,9 km pływania, 90 km na rowerze, a na koniec półmaraton, czyli 21 km biegu. Przekroczyłem metę i samego siebie.

„Czego nogi nie dobiegną, to głowa doniesie”. Napisałeś tak na swoim profilu na Facebooku po zakończeniu zawodów.

Właśnie. To była najtrudniejsza kondycyjnie rzecz, jaką w życiu zrobiłem. O wiele trudniejsza niż bieguny, Kilimandżaro, Elbrus czy nowojorski maraton. Pod koniec myślałem, że za chwilę umrę. Gdyby nie kibice, którzy mnie dopingowali: „Jasiek, już niedaleko, biegnij”, to nie dałbym rady. Dobiegłem resztkami sił. Po przekroczeniu mety się poryczałem.

Ironman był większym wyzwaniem niż bieguny?!

Najtrudniejsze są te rzeczy, które robimy świadomie. Biegun był supertrudny, ale to była taka przygoda 15-latka, „Pójdę na biegun z Markiem Kamińskim, wow, super!”. Do końca nie rozumiałem, co się wokół mnie dzieje, nie miałem świadomości, że właśnie się wybieram na koniec świata i ktoś bierze za mnie ogromną odpowiedzialność, że mogę nie dać rady, może mi się coś stać.

Dlaczego się zdecydowałeś na udział w tych zawodach?

Organizatorzy triatlonu w Gdyni zaproponowali, żebym został ambasadorem tego wydarzenia. Zwykle bycie ambasadorem wiąże się z daniem swojego nazwiska i tyle, a w tym przypadku ambasador musi być również uczestnikiem zawodów. Pomyślałem: „Super, mogę w sensowny sposób spożytkować energię, która mi została po »Tańcu z gwiazdami«”. Niestety, trochę się przeliczyłem. Poświęcałem zbyt mało czasu na treningi, przy moich ciągłych wyjazdach ciężko się zmobilizować i zachować dyscyplinę. Dość mocno to odczułem w trakcie samych zawodów. Dawno nie czułem tak potwornego bólu.

Ile czasu się przygotowywałeś?

Kilka miesięcy, ale najbardziej intensywne były ostatnie dwa tygodnie. Właściwie zamieszkałem wtedy u mojego trenera Piotrka Nettera. Dzienny trening wyglądał mniej więcej tak: pływanie – godzina, półtorej, rower – cztery godziny, bieganie – dwie. Z bieganiem miałem już doświadczenia, choćby z maratonu, rower lubię, chociaż nigdy nie jeździłem na rowerze szosowym, z pływaniem miałem najmniejsze doświadczenie, więc najbardziej się go bałem. Samo przygotowanie techniczne było dość trudne. Protetyk mi zrobił protezę ręki, dzięki której mogłem jechać na rowerze odpowiednio pochylony. Miałem specjalną protezę biegową. Pokonałem Ironmana w osiem godzin, czyli bardzo blisko limitu czasowego albo nawet tuż po, ale i tak uważam to za sukces. Moim celem było dotarcie do mety, a nie zrobienie wyniku.

Wspomniałeś, że chciałeś spożytkować energię, która ci została po „Tańcu z gwiazdami”. Co to znaczy?

To nie były tylko występy w telewizji. To, co najważniejsze, odbywało się poza studiem. Ćwiczyliśmy przez cztery miesiące, sześć godzin dziennie przez sześć dni w tygodniu. Później nawet dziewięć godzin dziennie. Przeprowadziłem się w tym czasie do Warszawy i przez okres uczestnictwa w programie byłem skoncentrowany tylko na tańcu. Mam w Warszawie kuzyna, który mieszka na Pradze, ja mieszkałem na Powiślu, więc całkiem niedaleko, ale przez ten cały czas widzieliśmy się tylko kilka razy, bo zwyczajnie nie miałem czasu albo siły, żeby się z nim spotkać. Szczerze mówiąc, zupełnie inaczej sobie to wszystko wyobrażałem. Drugi raz bym w to nie wszedł.

Dlaczego?

Sam taniec był OK. Miałem wspaniałą partnerkę Magdę Soszyńską, która wykazała się nie lada determinacją, żeby mnie czegoś nauczyć, i naprawdę jej się udało. Ale to wszystko, co się działo dookoła, było – delikatnie mówiąc – straszne. Zanim zacząłem tańczyć, mnóstwo ludzi uznało, że nie powinienem się znaleźć w programie, bo będę brał jurorów na litość, poza tym to nie jest program dla kalek i oni sobie nie życzą takich „widoków”, że się lansuję na niepełnosprawności itd. Do tego doszło „wsparcie” tabloidów, które pisały, co chciały, wchodząc z butami w moje życie prywatne, choć nie dałem im do tego prawa. Ktoś przychodził i pytał: „Pije pan?”, odpowiadałem: „Nie piję”. Na drugi dzień czytałem, że mam problem z alkoholem. Oczywiście, to tylko jeden z przykładów. Te zmyślone newsy czytali moi rodzice, babcia i dziewczyna, którzy poważnie zaczęli się o mnie martwić.

To dlaczego się zgodziłeś na udział w tym programie?

Po pierwsze, we wszystkim, co robię, staram się pokazywać, że osoby niepełnosprawne to normalni ludzie, i oswajać tych tzw. zdrowych z niepełnosprawnością. Uznałem, że to dobry moment, żeby pokonać kolejną barierę. Drugim powodem były pieniądze. Połowę honorarium przeznaczyłem na rzecz podopiecznych mojej fundacji Poza Horyzonty. Dzięki nim udało się kilka osób postawić na nogi, i to dosłownie. Niektórzy liczą sukces ilością zarobionej kasy, ja go przeliczam na liczbę protez, które udaje się kupić naszej fundacji, bo w ten sposób bardzo konkretnie zmienia się czyjeś życie.

A ciebie kto postawił na nogi?

Po wypadku taką osobą był na pewno Marek Kamiński. To on mi dał nadzieję, że coś ciekawego może mnie w życiu spotkać. Chociaż moja motywacja do tej wyprawy była zupełnie inna, niż się wtedy podawało. Ja nie chciałem zdobyć biegunów, chciałem udowodnić całemu światu, ale i mojemu tacie, że dam radę. Nasze relacje były wtedy bardzo trudne. To nie była jakaś zwykła niechęć czy złość, ja tego gościa szczerze nienawidziłem. Wielu ludzi do dzisiaj myśli: „Ten Jasiek to miał szczęście, że go Kamiński ze sobą zabrał”. To prawda, ale niewiele osób zdaje sobie sprawę, że ja się do tej wyprawy przygotowywałem półtora roku. Codziennie ćwiczyłem, żeby poprawić kondycję, żeby w ogóle mieć jakiekolwiek szanse na ten wyjazd. Uczyłem się upadać i wstawać z nartami na nogach. Pamiętam, że zimą miałem codziennie, bez względu na pogodę, pokonywać w sumie dziesięć kilometrów. Były dni, że szedłem w śniegu po pas. Jak mi się już tak strasznie nie chciało, to mój tata mówił: „I co, dzwonić do Kamińskiego, że odwołujesz wyprawę?”. Ubierałem się i szedłem. Bardzo często z zaciśniętymi zębami.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »