Naomi Watts: Kobieta z zasadami

123rf.com

Czy to informacja o rozstaniu Angeliny Jolie i Brada Pitta przyćmiła tę o separacji Naomi Watts z Lievem Schreiberem? A może oni sami, uważani za jedną z tych zgodnych par Hollywood, mają sposoby, żeby uniknąć sensacji. Na festiwalu w Wenecji, gdzie promowali wspólny film, Watts była opanowana i pogodna.

Lubisz skoki adrenaliny? Ostatnio coraz częściej grywasz w horrorach i thrillerach.

Może faktycznie coś w tym jest? I to mimo że w codziennym życiu jestem bardzo spokojną osobą, brzydzę się przemocą. Wstręt do fizycznej agresji noszę w sobie od dzieciństwa.

Nie biłaś się z dzieciakami na podwórku?

Wystarczyło mi, że obserwowałam, jak regularny łomot dostaje mój starszy brat, który przez pewien czas wyczynowo trenował kick-boxing. Kiedy oglądałam go na ringu, bardzo to wszystko przeżywałam, w ogóle nie pomagało mi powtarzanie, że to tylko sport. Dla tak wrażliwej dziewczyny jak ja nie było gorszej rzeczy niż świadomość, że bliskiej osobie dzieje się krzywda, a ja nie mogę jej pomóc.

A jednak dopiero co zagrałaś żonę boksera. Wróciły dawne wspomnienia?

Na szczęście w filmie „The Bleeder” [zagrali w nim wspólnie z Lievem Schreiberem – przyp. red.] nie ma ani jednej sceny, w której muszę przyglądać się walkom. A nawet gdyby było inaczej, pewnie zacisnęłabym zęby i przyjęła rolę mimo wszystko. Bardzo wzruszyła mnie historia głównego bohatera – faceta, który stracił kontrolę nad swoją sławą.

Rola w tym akurat filmie była dla ciebie nietypowa o tyle, że do tej pory rzadko miewałaś okazję wcielania się w autentyczne postacie.

Na początku rzeczywiście miałam dużą tremę. Wszystkie moje wątpliwości znikły w momencie, gdy poznałam pierwowzór mojej bohaterki, Lindę Wepner [żonę Charlesa „Chucka” Wepnera, wielkiej niespełnionej nadziei amerykańskiego boksu. Wepner nigdy nie osiągnął sukcesu, mimo spektakularnych walk m.in. z Muhammadem Alim – przyp. red.]. Linda ujęła mnie połączeniem anielskiej wręcz niewinności i niepodrabialnego, rubasznego poczucia humoru. Polubiłyśmy się też dlatego, że obie fascynujemy się sportowcami. Dla mnie biografie wielu z nich, z całym swoim dramatyzmem i zwrotami akcji, przypominają trochę losy mitologicznych herosów.

Którzy sportowcy to twoi idole?

Jako nastolatka wzdychałam do Johna McEnroe [amerykański tenisista]. Nie miałam pojęcia o tenisie, a jednak namiętnie oglądałam jego mecze. Lubiłam sposób, w jaki okazywał wolę walki i zaangażowanie. Podejrzewam, że to miało jakiś związek z tym, jak postrzegam męskość. Jako nastolatka, kiedy rozstawałam się z chłopakiem, to zwykle dlatego, że niedostatecznie przypominał Johna McEnroe [śmiech].

Branża filmowa ma coś wspólnego ze światem sportu?

I w jednym, i w drugim przypadku cenna jest umiejętność znoszenia porażek. Gdybym jej nie miała, dziś nie prowadzilibyśmy tej rozmowy, dawno zmieniłabym pracę. Nie żartuję, bo chociaż debiutowałam jako nastolatka, smak sławy poznałam przecież dopiero po trzydziestce.

Nawet jeśli długo to trwało, chyba jednak opłacało się czekać na rolę taką jak ta w „Mulholland Drive” Davida Lyncha?

Nie wiem, czy Davida obchodzą takie rzeczy, ale kiedy niedawno amerykańscy krytycy ogłosili „Mulholland Drive” najlepszym filmem dekady, byłam wniebowzięta. Mój sentyment do tego projektu bierze się również stąd, że na planie naprawdę zżyłam się z Lynchem. Bez cienia przesady mogę powiedzieć, że jesteśmy dziś dobrymi przyjaciółmi. Pracujemy zresztą razem nad nową wersją „Miasteczka Twin Peaks”, ale nie mogę powiedzieć o tym ani słowa więcej. Gdybym się wygadała, w kontrakcie mam zapisaną tak dużą karę za ujawnienie tajemnicy, że poszłabym z torbami.

Zastanawiałaś się, co by było, gdyby sukces przyszedł do ciebie dużo wcześniej?

Jasne. Gdybym stała się rozpoznawalna jako 20-latka, miałabym przecież całą dekadę więcej na pracę ze znakomitymi reżyserami. Z drugiej strony, kto wie, może zbyt wczesna sława uderzyłaby mi do głowy i koncertowo zmarnowałabym cały swój talent? Lynchowski „Mulholland Drive” z pewnością odmienił moje życie. Dzięki sukcesowi filmu nigdy więcej nie musiałam już biegać na castingi. Wystarczyło, że dany reżyser obejrzał „Mulholland Drive” i już doskonale wiedział, jakie są moje aktorskie możliwości. To wszystko jednak kwestie czysto zawodowe. Bo ja sama w głębi serca jestem tą samą osobą co kiedyś. Nie zmieniłam nawyków, wstydzę się tych samych wad, których wstydziłam się kiedyś.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »