Tomasz Stańko

Tomasz Stańko, fot: www.sportografia.pl

Nie czuję się Polakiem ani Żydem, tylko sobą z imienia i nazwiska. Nie dlatego, że jest znane. Cenię odrębność. Istnienie poszczególne, jak mówił Witkacy.

reklama

Tomasz Stańko, laureat Nagrody Specjalnej Kryształowych Zwierciadeł 2017, przyznawanej ludziom dialogu, którzy swoją działalnością i twórczością łączą, a nie dzielą. Jego muzyka przyciąga pokolenia, a on sam grupuje wirtuozów z różnych stron świata, wpływy ich kultur, różne światy dźwięków. A przede wszystkim gra oparty na improwizowaniu free jazz, który jest nieustannym dialogiem.

Lubi pan dialog?

Lubię porozmawiać, jak na przykład teraz. Od operacji kręgosłupa siedzę tu w domu i już mam dość, nudzę się.

Jest pan człowiekiem dialogu?

Oj, nie bardzo. Wolę stawiać na swoim. Dlatego znów jestem samotnym wilkiem. Ostatnia narzeczona rzuciła mnie i miała rację. Tak! Bo ja jestem nie do wytrzymania. Nie chciałem mieszkać razem ani się ożenić.

W domu rodzinnym jak się rozmawiało? W domu inteligenckim – ojciec był prawnikiem, mama – pedagogiem.

To była inteligencja w pierwszym pokoleniu. Rodzice zarówno matki, jak i ojca należeli do ludzi prostych. Moi rodzice kształcili się przed wojną, ale ojciec aplikację zrobił dopiero po wojnie. To był typowy dom komunistycznej inteligencji. Żyło się biednie, każdy pracował, nie zwracało się wielkiej uwagi na rozmowy. Ojciec nie był towarzyski, co zresztą mam po nim. Rzadko zdarzały się przyjęcia. Byliśmy zamknięci w sobie. I taki jestem ja, i moja siostra. Tylko wujek nadrabiał, ten to był kobieciarz! Czego nie mogę powiedzieć o sobie.

Pan jest wierny muzyce.

I to jest ciekawa kobieta.

Ojciec kupił panu pierwszą trąbkę, nie jakąś tam ze sklepu.

Należała wcześniej do Humphreya Lytteltona, wspaniałego muzyka soulowego. Ojciec był niespełnionym muzykiem, jednym z wybitniejszych, jeśli chodzi o talent. Skończył przed wojną średnią szkołę muzyczną i był w Krakowie jednym z lepszych skrzypków. Miał znakomitą reputację wśród dziennikarzy, którzy po koncertach wręcz podsłuchiwali, jaka jest jego opinia. I drukowali w swoich recenzjach. A z czasem Kazimierz Kord zaangażował ojca do opery krakowskiej.

W dzieciństwie zapowiadał się pan już na outsidera?

Zawsze byłem na uboczu, kocham stado, ale od dziecka trzymałem się obok. Chociaż miałem w grupie niezłą pozycję. Jeszcze w wieku przedszkolnym należałem do ulicznej bandy. I zajmowałem tam miejsce tuż przy szefie. Ale musiałem na to zasłużyć – walnąłem cegłą w samochód. Od tamtej pory miałem poważanie. Nie musiałem się bić. Swoją drogą często się zastanawiam, czy dałbym sobie radę w więzieniu? Mogłoby być kiepsko.

W młodości się pan rozkręcił, rozgadał?

Tak, trochę… Ja w sumie lubię towarzystwo. Widzi pani, składam się ze sprzeczności. Od drugiej klasy miałem już dobrych kolegów. Wacek Kisielewski, Roman Kowal – z nimi tworzyliśmy team. Nadal cieszyłem się poważaniem – ukradłem dziennik klasowy i wrzuciłem do kanału. Miałem wiele osiągnięć tego typu, paliłem papierosy, oczywiście.

A potem współtworzył pan krakowską bohemę. Ujęło mnie, że po śmierci Piotra Skrzyneckiego zagrał pan hejnał ku jego czci z tarasów PKiN. Przyjaźniliście się.

Z Piotrem Skrzyneckim i Piwnicą pod Baranami byłem bardzo blisko. W Krakowie moje szlaki prowadziły między dwoma punktami: jazzklubem krakowskim na Markach i Piwnicą po przekątnej Rynku. Rano szło się kawałek dalej do Kolorowej. Zawsze się kogoś znajomego spotkało, tam bywał i Wiesiu Dymny, i Jaś Byrczek, który stworzył Krakowski Jazz-Klub „Helikon”, w którym to pierwszy raz zobaczyłem Komedę tuż przed jego wyjazdem do Warszawy. Tam też bywali Kurylewicz i Karolak. Za Karolakiem, który szedł z Byrczkiem przez Kraków, wędrowałem kiedyś kawał drogi, bo oczu nie mogłem oderwać. Byrczek miał kontrabas na pasie, wtedy w tej komunie to była rzecz niespotykana. Wojtek – ubrany w sposób niesłychanie wyrafinowany. Zawróciłem na ich widok i z godzinę szedłem, napawając się widokiem.

W tamtych czasach ten jazz intelektualno-elitarny stanowił mentalną przepustkę do innego świata.

Jazzem interesowały się wtedy elity wszędzie, tak samo we Francji Juliette Gréco czy Jean-Paul Sartre admirowali czarnoskórych muzyków. A dla nas to była przepustka w każdym sensie, bo myśmy mogli wyjeżdżać za granicę. Jazzmani, aktorzy, wybitni pisarze, jak Dygat, byli w porównaniu z resztą społeczeństwa królami życia. W moich czasach już mniej. Ale Kuryl, Komeda, Karolak, Namysłowski to byli crème de la crème. Jazzmani zawsze świetnie wyglądali, ubierali się awangardowo, a to były jeszcze przedhipisowskie czasy. Pamiętam, przyjechał do Polski na koncerty murzyński New York Quartet. Po drodze gdzieś się zagubiły ich walizki, więc potrzebowali kupić ubrania, przybory. A gdzie wtedy można było coś kupić? Nigdzie prawie. Poszli do PDT-u czy GS-u i, proszę sobie wyobrazić, pokupowali jakieś seryjne PRL-owskie garnitury. Ale wybrali tu trochę za obszerne, tam przyciasne i prezentowali się na scenie rewelacyjnie.

Pan też zawsze prezentował się rewelacyjnie, miał pan kolekcję butów.

Tak, chodziłem kiedyś do takiego szewca Kamińskiego, który robił buty na zamówienie. Znał moje awangardowe upodobania, więc jak tylko stawałem w drzwiach, zaraz wołał: „O, panie Stańko, mam dla pana nowe gady!”. Dzisiaj już takich skór nie da się sprowadzić. Ale nadal lubię buty. Tyle tylko, że Kamiński nie żyje, a inni knocą. Zamiast robić repliki konkretnych modeli, jak tych tutaj, a to jest model z 1911 roku, to powstaje coś ledwie podobnego, bo zamiast sznurowadeł ktoś wstawia zameczek. Więc wolę zamawiać w Wiedniu albo Budapeszcie. Mam wybór.

Wybór buduje w życiu free style?

Mam dużą potrzebę swobody i wolności. Nie czuję się Polakiem ani Żydem, tylko sobą z imienia i nazwiska. Nie dlatego, że jest znane. Cenię odrębność. Istnienie poszczególne, jak mówił Witkacy. Jestem Tomaszem Stańką. Kropka. Cała kula ziemska zapełniona jest człowieczymi odrębnościami. Kiedy dojrzejemy do takiego myślenia, może wreszcie nie będzie wojen.

Kiedy zaczniemy uznawać czyjąś inność?

To się już dzieje, skoro coraz częściej dostrzegamy i szanujemy dziwaków. Kloszardów też ludzie przeważnie lubią. Ciekawią nas odmieńcy – mamy w sobie taki genetyczny zapis. Nawet słowo „świr” przestało być pejoratywne.

Nie obrazi się pan zatem, jak dam tytuł: Tomasz Stańko – freak?

Zdecydowanie jestem freak.

Free jazz to bardziej wolność czy dialog?

Moja sztuka opiera się na współpracy, porozumieniu, wymianie. Powstaje coś, co w muzyce klasycznej bliskie jest orkiestracji. Daję muzykom szkielet, a dalej zostawiam wolność. Dlatego muszę wybrać takich, którzy będą zdolni mnie zaskakiwać w interpretowaniu, inspirować, umiejętnie puentować. Tylko najlepsi potrafią w czasie koncertu zmienić się w jeden organizm. Do tego trzeba wielkiego kunsztu i zgrania. Bo tu nie ma partytury ani dyrygowania, musimy na sobie polegać.