Urszula Dudziak: Dopiero się rozkręcam

fot. Marta Wojtal

„Zobaczcie, mam 73 lata i pierścionek zaręczynowy” – mówi na scenie. A ludzie chłoną te słowa równie łapczywie jak „Papayę”. Po koncertach, które stały się już dawno workshopami, kobiety przychodzą za kulisy i powtarzają: „Ula, ja też chcę wyglądać jak ty i czuć się tak młodo. Jak to się robi?”. Urszula Dudziak chętnie dzieli się przepisem na życie i zaszczepia dobrą energię. Jest fenomenem nie tylko muzycznym, dostrzeżonym ostatnio również przez UNESCO.

reklama

Gratuluję, jako pierwsza kobieta i pierwszy twórca z Europy Wschodniej zostałaś właśnie Artystką dla Pokoju.

Dziękuję. Jestem wzruszona i bardzo podekscytowana, bo uważam, że się świetnie nadaję do tego, co ten tytuł ze sobą niesie.

Czyli?

W uzasadnieniu dla decyzji UNESCO znalazło się stwierdzenie, że moja twórczość, moje śpiewanie i w ogóle jazz to język transcendentalny, który dociera do wszystkich i łączy ludzi na całym świecie. Jest też symbolem wolności, swobody wypowiedzi, tolerancji. Ta muzyka niesie pokój. Ponieważ śpiewając jazz, docieram do tak wielu, mogę nieść im nie tylko dźwięki, ale także różne idee i przesłania. A chciałabym bardzo zarażać inne kobiety pasją, chęcią rozwijania talentów, potencjału i marzeń. Razem z UNESCO będziemy docierać z taką misją i środkami do krajów biednych, gdzie kobiety są zdolne, ale nie mają pieniędzy, żeby studiować i się spełniać. Jeszcze nie wiem, dokąd ruszymy, czy to będzie Kenia, czy Tanzania. W każdym razie nie mogę się doczekać.

Od dawna zarażasz optymizmem na swoich koncertach. Młode dziewczyny mówią, że Urszulę Dudziak powinno się ludziom starszym albo zgnuśniałym rozdawać w pastylkach na receptę. Działasz jak antydepresant.

Czuję, że mam w sobie coś takiego, co muszę podać dalej. Ktoś powie, że zwariowałam, ale chyba znam receptę na szczęście, pogodę ducha i długowieczność. Mam konkretne porady, jak to osiągnąć. Wystarczy uświadomić sobie, że wszystko zależy od nas samych, bo rozgrywa się w głowie. W dobrym stanie umysłu. Dlatego warto go trzymać w ryzach, co wcale nie musi być trudne. Mózg jest bardzo skomplikowany – z jednej strony, a z drugiej – to taki rodzaj tumaństwa, któremu można wszystko wmówić.

Jako temu kalafiorowi, który mamy w sobie?

Temu kalafiorowi! Rozumiem ten sceptycyzm. Była taka sytuacja: miałam koncert dla m.in. kilkuset lekarzy. Śpiewam, opowiadam, wszyscy: „Ha, ha, hi, hi” itd. Aż nagle mówię: „Lekarze, ja uważam, że siłą umysłu można zmienić swoje geny”, a oni (to było z rok temu) – cisza. Myślą: „Dudziak zwariowała już do reszty”. Słuchaj, mija jakiś czas i czytam, że siłą umysłu można uaktywnić geny ekspresowe, które rozbijają te, które nam szkodzą, a inspirują te, które są dobre. Można. Można zdziałać cuda, jeżeli chcemy, mamy więc wybór. Tylko ludzie wolą mówić: „Mam takie geny, moja mama taka była i mój tatuś taki był”. I wiesz, to jest albo głupota, albo lenistwo.

Może raczej brak wyobraźni takiej jak twoja. Proponujesz, żeby potraktować mózg jak instrument muzyczny, żeby grał, jak chcemy. Ty wierzysz, że to możliwe, bo w taki sposób „nastroiłaś” swój głos.

Tak, potrafiłam naśladować ustami wszystkie instrumenty. Ale ja podaję ludziom narzędzia do tej pracy, do tej higieny wnętrza głowy. Często posługuję się przykładem litery „u”. Tłumaczę, że litera „u” potraktowana jako linia życia pokazuje pewien schemat, któremu podlegamy. U góry jest początek. Rodzi się mały geniusz. Jego fenomen nie wynika z nabytej wiedzy, lecz pierwotnej otwartości na świat. Zobacz, jak małe dzieci spontanicznie i żywo reagują na wszystko, co nowe, jakie pytania zadają – to czysta, wspaniała, genialna energia, która jest łapczywa. Dzieci wszystko widzą, wszystko czują, choć przecież nic nie wiedzą. Ale z czasem otoczenie zaczyna sobie formować tego człowieczka. Gdy pójdzie on do przedszkola, do szkoły i usłyszy: „Ty tumanie”, a jeszcze nie daj Boże w domu ktoś dołoży: „Z ciebie nic nie będzie”, i ksiądz przeklnie: „Pójdziesz do piekła”, cudów nie ma – ten pierwotny entuzjazm dla świata zostanie wygaszony. Przez całe życie jesteśmy oblepiani błotem ograniczeń i uwarunkowań. To narasta. Aż osiągamy dno tej litery „u”, co przypada mniej więcej na środek naszego życia. Każdy ma taki moment kryzysu i zarazem olśnienia. „Co ja tu robię? Co ten facet robi koło mnie od 20 lat? A dlaczego ja wtedy podjęłam taką decyzję? A ten zawód – czy on mnie w ogóle spełnia? Czy ja wykorzystuję swój potencjał?”. Rozumiesz?

Przestajemy trwonić czas, stajemy się uważniejsi wobec siebie.

Jeśli wtedy zdołamy nawiązać kontakt ze swoim dziecięcym, świeżym, niezmąconym odczuwaniem, to możemy się urodzić na nowo, czyli połączyć się z tym pięcioletnim dzieckiem, które wszystko czuje, będąc jednocześnie osobą doświadczoną, która bardzo dużo wie. To najpiękniejsza kulminacja, kiedy zyskujemy do siebie zaufanie, bo widzimy nagle, że wcześniejsze złe decyzje podjęliśmy nie my, to znaczy nie my prawdziwi, lecz zewnętrzne wpływy nam je podyktowały. Jeśli wyciągniemy z tego wnioski, może być tylko coraz lepiej i ta nóżka litery „u” idzie do góry.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »