Vincent Cassel: rzecznik męskiego rodzaju

fot. BewPhoto

Kameleon. Zmienia się z każdą rolą. Vincent Cassel ostatnio zagrał króla rozpustnika, teraz w filmie „Moja miłość” gra obsesyjnie zaborczego macho. Czy sam jest którymś z tych typów? I jak jego życie wygląda po – obwieszczonym przez media na całym świecie – rozstaniu z Monicą Bellucci?

Powiedział pan kiedyś, że kocha wolność. Czy to jej szukał pan w zawodzie aktora?

Zawsze chciałem grać, być częścią trupy. Scena, plan filmowy to zawsze był mój świat. Ale mam za sobą także epizod z cyrkiem. I dobrze pamiętam zalewające mnie uczucie wolności, kiedy z kolegami organizowaliśmy spektakle na ulicach. To dawało mi ten sam rodzaj poczucia swobody co teatr. Kino przyszło do mnie później.

Wolność to także przekraczanie granic. Niektóre filmy z pana udziałem stały się obiektem ataków – myślę o „Nieodwracalnym” Gaspara Noégo ze wstrząsającą sceną gwałtu. Nie ma pan oporów, żeby być częścią takich projektów? Nie zadaje pan sobie czasem pytania, czy jest sens robić takie kino?

Jestem aktorem, nie reżyserem czy producentem, nie do mnie należy więc decyzja, czy film ma powstać, czy też nie. Poza tym jeśli zadawalibyśmy sobie takie pytania, wiele wielkich dzieł nigdy nie ujrzałoby światła dziennego. Oczywiście, nie oznacza to, że należy się z pewnymi postawami i czynami utożsamiać w prawdziwym życiu, za to w kinie zawsze zachodzi proces identyfikacji.

Pan dość często gra postacie złych chłopców. Jak udaje się panu nadać swoim bohaterom ludzkie cechy, dzięki którym jesteśmy w stanie zrozumieć motywy nawet największych drani. To sprawa własnego doświadczenia, zmysłu obserwacji, empatii?

Kiedy byłem początkującym aktorem, moimi idolami byli Gian Maria Volonté i Robert De Niro. Oni także nie grywali statecznych ojców rodzin. Ale tak naprawdę przecież nikt nie jest jednowymiarowy. I nawet największa kanalia może kochać swoją córkę czy ojca. W życiu nic nie jest czarno-białe, a mnie interesują przede wszystkim postaci noszące w sobie wewnętrzną ranę.

Gra pan takich bohaterów bez żadnych konsekwencji dla własnego życia?

Żeby od tego uciec, po pracy wracam jak najszybciej do Brazylii, gdzie od jakiegoś czasu mieszkam. Często dołączają do mnie moje córki. Dzięki słońcu i ludziom, którzy mnie otaczają, udaje mi się w miarę szybko zapomnieć o skomplikowanej kondycji człowieka.

We „Wrogu publicznym numer jeden, cz. 1. Instynkcie śmierci” doskonale wypadł pan obok Gérarda Depardieu. Bardzo jestem ciekawa, jak się z nim pracowało? Depardieu jest znany ze swoich ekscesów.

Wszystko, co opowiada się o Gérardzie, jest… absolutną prawdą. On jest tym wszystkim naraz – może być wielki albo wręcz okropny. Jeśli zadecyduje, że film mu się podoba, daje z siebie wszystko. Jeśli jednak nie szanuje reżysera czy aktorów – oznacza to wyrok śmierci, oczywiście, pod względem artystycznym…

Pan podobno też bywa trudny.

Na pewno nie szaleję na planie, nie znoszę konfliktów. Przy wyborze roli decydującym czynnikiem jest dla mnie zawsze osobowość reżysera – z moich doświadczeń wynika, że dobry realizator może nakręcić wartościowy film nawet na podstawie słabego scenariusza. Odwrotnie bywa różnie. Kilka razy zdarzyło mi się pomylić, ale teraz wiem, komu mogę ufać.

Komu?

Tym reżyserom, którzy są w stanie ofiarować mi wolną przestrzeń, a ja natychmiast ją wypełniam. Jeśli nie pozwalają mi rozwinąć skrzydeł – ograniczam się do „serwisu” minimum.

Pana była żona mieszka z córkami we Francji, pan w Ameryce Południowej, oboje macie napięte terminy. Monica Bellucci potwierdziła pogłoski o państwa rozstaniu. Jak w tym układzie godzić pracę z normalnym życiem i życiem rodzinnym w szczególności?

Ponieważ moje życie to nieprzerwany maraton, staram się zadaniowo podchodzić do kolejnych etapów. Moja dewiza brzmi: nigdy nie myśl o jutrze. Staram się skupiać wyłącznie na czasie teraźniejszym. Koncentruję się na zadaniu, jakie czeka mnie określonego dnia, później na następnym i następnym. Nie zawsze się to udaje, ale bardzo mi pomaga, jestem w stanie wywiązać się ze swoich zawodowych zobowiązań. Także udane życie rodzinne jest według mnie kwestią dobrej organizacji. Przede wszystkim nie pracuję bez przerwy, nie jestem maszyną do grania. Kiedy dzieci były małe, staraliśmy się nie wybierać filmów powstających w tych samych terminach, dużo też podróżowaliśmy razem z dziećmi. Także teraz wszystko sprawnie funkcjonuje.

Często gra pan u zagranicznych reżyserów, w tym w Hollywood. Uważa się pan za aktora międzynarodowego czy też pana artystyczne korzenie są wciąż nad Sekwaną?

Język określa wrażliwość – mówię po francusku, jestem sobą. W obcym języku nie można oddać niuansów, zaczyna nas więc ograniczać. Moje role u Aronofsky’ego czy Cronenberga były wyjątkami od reguły – to wielcy artyści, eksplorujący ciemne strony ludzkiej psychiki. Uosabiają wszystko, co kocham w sztuce filmowej. U nich mógłbym grać nawet po chińsku.

Na festiwalu w Cannes pojawił się pan w obrazach „Pentameron” Mattea Garronego i „Moja miłość” w reżyserii Maïwenn, filmie, który 15 stycznia wejdzie do kin w Polsce. W pierwszym z tych obrazów gra pan rozpustnego władcę…

Choć mój bohater jest libertynem, a akcja filmu toczy się w XVII wieku, uważam, że to portret współczesnego mężczyzny. Ma mnóstwo wad, ale przecież postać księcia z bajki jest nieodłącznie związana z uczuciem rozczarowania. My, mężczyźni, jesteśmy pełni przeciwieństw i każdemu zdarzyło się po suto zakrapianym wieczorze znaleźć w ekstrawaganckich sytuacjach. Król z „Pentamerona” jest egoistyczny, okrutny i chciwy, ale też straszliwie samotny. Wie pani, ilu z nas przeżywa to samo?

A co z filmem Maïwenn? Tu wciela się pan w postać narcystycznego macho, który pragnie panować nad życiem swojej żony. To studium toksycznej relacji, która nie wyklucza jednak miłości.

U ludzi najbardziej interesują mnie maski – to, że kłamiemy, że udajemy, również sami przed sobą. Fascynuje mnie zjawisko manipulacji. Uciekamy się do niej wszyscy, na szczęście niekoniecznie po to, żeby komuś zaszkodzić. Mój bohater to typowy narcyz, zapatrzony w siebie i niezdolny do uczucia. Chociaż na swój sposób jest przywiązany do rodziny, nie potrafi się zmienić.

Myśli pan, że można stać się zupełnie innym człowiekiem? Że taka zmiana w ogóle jest możliwa?

Nie sądzę. To iluzja, że możemy zmienić siebie – można nad sobą pracować, ale nie można stać się kimś innym. Mój bohater wydawał mi się łajdakiem, powiedziałem więc sobie, że nie będę walczył o niego konkretnie, za to stanę się rzecznikiem całego rodzaju męskiego. Nurtowało mnie też pytanie, czy toksyczna miłość jest wciąż miłością, czy uzależnieniem graniczącym z patologią.

Zna już pan odpowiedź?

Moim zdaniem jest jednocześnie jednym i drugim. Dlatego ludzie zostają ze sobą przez całe lata, niszcząc i kochając się zarazem. Na szczęście nigdy nie pociągały mnie tego typu relacje.

Pan potrafi – jak rozumiem – w porę się opamiętać.

Tak, kiedy tylko wyczuwam takie niebezpieczeństwo, natychmiast się usuwam.

 

Vincent Cassel ur. 23 listopada 1966 r. Kształcił się w szkole cyrkowej, studiował też w słynnym nowojorskim Actors Studio. Sławę i uznanie krytyki przyniosły mu obrazy Mathieu Kassovitza: „Metyska”, „Nienawiść” i „Purpurowe rzeki”. Grał m.in. w hollywoodzkich superprodukcjach: „Ocean’s Twelve” i „Ocean’s Thirteen”, filmach Davida Cronenberga, „Czarnym łabędziu” Darrena Aronofsky’ego. Z Monicą Bellucci ma dwie córki.

 

Wywiad pochodzi z archiwalnego numeru Zwierciadło 1/2016

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »