Wiktor Zborowski: Trudno o szlachetny śmiech

fot. Marlena Bielinska/MOVE

Milczący, wycofany, ponurak, malkontent. Tak o sobie mówi. Na ekranie i deskach teatru zazwyczaj rozbawia, wcielając się w kolejne komediowe kreacje. Wiktor Zborowski, znany z kultowych filmów „CK Dezerterzy” czy „Ogniem i mieczem”, od maja pojawi się w Teatrze 6. Piętro w sztuce „Miłość w Saybrook” napisanej przez Woody’ego Allena.

reklama

Powiedział pan, że całe życie ucieka „od gównianej sławy, od beznadziejnych wywiadów, od kretyńskiej pracy”. To po kolei, czym jest gówniana sława?

Dzisiejsze czasy sprzyjają wypinaniu się na rozmaitych ściankach i portalach, za stary na to jestem. Poza tym nie widzę w tym nic fascynującego. Pochodzę ze szkoły, która mówi, że aktor bez tajemnicy staje się produktem. Jak jest się wszędzie, to nigdzie tak naprawdę się nie jest. Nie widzę nic kuszącego w byciu dostępnym dla wszystkich, w otwieraniu swojego domu i sypialni dla kamer. Cieszę się, że nie ścigają mnie paparazzi, że nie stałem się celebrytą w złym tego słowa znaczeniu.

Beznadziejne wywiady – czyli jakie?

Nieprzygotowany dziennikarz, myli fakty, zadaje oczywiste pytania, które słyszałem już setki razy.

A kretyńska praca?

Gdy nie wierzy się w jej sens i sukces. Czasami aktor jest zmuszony etatem albo życiem do wykonywania kretyńskiej pracy – przynosi ona jakieś zyski materialne i zerową satysfakcję. Zdarzyło mi się kilka razy ze względu na zawodowe zobowiązania wziąć udział w marnych przedstawieniach, z których chciałem uciec już po pierwszej próbie. Bardzo dużo zależy od tego, co robię i z kim to robię. Wchodzę w projekty, gdy czytam ciekawy scenariusz, obsada dobrze rokuje, do tego reżyser jest świetny. Oczywiście, zawsze jest ryzyko,
że coś może się nie udać. Ale gdy jest marny scenariusz, marna obsada i marny reżyser, to musi się to skończyć klapą.

„Jeśli młody aktor, zarabiając w serialu, nie ma kontaktu z teatrem, staje się
zawodowo nikim” – to również pana słowa. Jaką wartość wnosi teatr?

Każdą. Teatr to miejsce, w którym aktor uczy się zawodu, warsztatu. W teatrze można poznać swoje możliwości, bariery, przekraczać je. Czasami dwugodzinny spektakl poprzedzony jest wielomiesięcznymi próbami, w których wyniku można stworzyć postać, zaskoczyć nie tylko widzów, ale też samego siebie. Poza tym teatr uczy posługiwać się językiem klasyki w sposób zrozumiały dla współczesnego widza, a to
wyzwanie. Zachowując maksimum prawdy, trzeba nauczyć się mówić inaczej, głośniej, tak by być zrozumianym, słyszanym. Jak to mówił Gustaw Holoubek: „To jest sztuka, czyli coś sztucznego”, co musi wyglądać jak prawda. Aby ją osiągnąć, trzeba mieć zaplecze w warsztacie. Bardzo lubię i cenię sobie pracę w teatrze. Szczególnie dla młodych aktorów ważne jest, by mieli różnorodne doświadczenia, by nie osiedli, grając jedną, płytko rozpisaną postać w słabym serialu. Na szczęście pojawiły się ostatnio dobre polskie seriale. Wreszcie zaczął się wyścig, kto zrobi lepiej, a nie kto szybciej i taniej.

W spektaklu „Miłość w Saybrook” w Teatrze 6. piętro gra pan Davida, który mówi: „Pewnego dnia my wszyscy musimy się zestarzeć i zbrzydnąć. To jest to przesłanie natury dla ludzi”.

Nie upieram się przy tym, że wszyscy muszą zbrzydnąć, poza tym to prawda. Z Davidem utożsamiam się tylko do pewnego stopnia, on nie jest zbyt rozgarnięty, uważa,
że życie jest karą i brzemieniem. Ja myślę, że czasami takie bywa, ale ma też inne odcienie. Ale to, co nas łączy, to pasja do golfa.

Wyczytałem, że pana handicap wynosi 12,4 – to dobrze?

Całkiem dobrze jak na amatora.

Czym jest handicap?

Najprościej mówiąc, to są fory. Handicap to obliczalny potencjał gry danego zawodnika. 12 znaczy, że idąc z graczem o handicapie 0, mogę zagrać 12 uderzeń więcej, by zremisować. Najlepsi gracze mają handicap zerowy, mistrzowie nawet minusowy. Każde pole golfowe rozpisane jest na określoną liczbę uderzeń, zazwyczaj między 69 a 72. Jeżeli gracz osiągnie ten wynik, jego handicap wynosi zero. Głównie chodzi o to, by pokonać pole jak najmniejszą liczbą uderzeń.

Powiedział pan kiedyś, że najważniejsze 20 centymetrów w golfie jest między uszami.

Cała gra odbywa się w głowie, każde uderzenie, a wcześniej wizualizacja uderzenia, skrupulatnie planowane. Ze wszystkich sportów, które uprawiałem, golf okazał się najtrudniejszy, zarówno technicznie, jak i mentalnie. Niczego nie można tutaj nadrobić siłą, ambicją, wybieganiem. Gra wymaga precyzji i milionów powtórzeń na treningu.

To frustruje czy wprowadza w stan medytacyjny?

Bywa, że frustruje. Czasami cały dzień nic nie wychodzi, chociaż tydzień wcześniej szło całkiem nieźle. Zawodowcy potrafią sobie z tym poradzić, ja nie. Nie korzystam z golfa w celach medytacyjnych, spokój – jeśli się przydarza – jest pożądanym skutkiem ubocznym. To, co mnie pociąga w tej grze, to maksymalne skupienie przeplatane maksymalnym wyluzowaniem, te dwa stany muszą się uzupełniać. W etykę golfa wpisana jest współpraca, wspólnie szuka się zgubionych piłek, chwali się dobre uderzenia partnera, bo nie przeciwnika, i przemilcza uderzenia nieudane. Mówi się, że to gra dżentelmeńska, chociaż nie wiem, skąd się wzięło ponad 160 milionów dżentelmenów, bo tyle osób gra na całym świecie.

W młodości grał pan w koszykówkę w reprezentacji Polski. W wyniku kontuzji kolana musiał pan zrezygnować. Jak pan to przeżył?

W trakcie meczu coś mi strzeliło w kolanie, od razu poczułem, że to koniec. W tamtych czasach operacje były ryzykowne. Świetny chirurg sportowy Jerzy Moskwa podjął się wykonania zabiegu, pomógł, ale do koszykówki już nie wróciłem.

I nie żałował pan?

Do dzisiaj żałuję, że nie sprawdziłem się w koszykówce seniorów. Wielu fantastycznych juniorów przepadło, może podzieliłbym ich los, a może znalazł się w garstce tych, którzy odnieśli sukces? Szkoda, że nie było mi dane tego sprawdzić.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »