A kuku

–A kuku
To jest dobry moment, by zacząć bawić się z noworodkiem w ulubioną zabawę dzieci pięciomiesięcznych czyli w “a kuku!”. Taką poradę przeczytałam w popularnej w całęj Europie książce pediatrycznopsychologicznej, książce której sprzedano kilkadziesiąt milionów egzemplarzy na kuli ziemskiej. Dzięki tej zabawie dziecko uczy się rozumieć, że to, co znika z oczu pojawia się ponownie.
Czy wszystkie książki na temat dzieci nie są pułapką perfidną obliczoną na to, by naprowadzić nas na minę? Uśmiechnięte pastelowe policzki na okładkach mówią nam, że oto wychowanie jest kwestią pielęgnacji, że życie to po prostu wykres mierzący ciągły rozwój człowieka , a świat jest przewidywalny. Że jeśli będziemy odmierzali cztery godziny między jedną kaszką a drugą, jeśli kupy będą takie a takie, a jabłko prażone, to dziecię nasze będzie szcześliwe, a jak ono będzie miało różowo, to I my, rodzice , będziemy śmiać się szeroko odsłąniąjąc plomb, a nawet nasze babcie, srapcie I teście uhahani wreszcie lewitować będą z rozkoszy wnuczęctwem uraczeni, bo wszystko będzie się podręcznikowo zgadzać. Tymczasem czy świat właśnie od tysiącleci nie bawi się z nami w akuku, tyle że akuku to jest zawołaniem zombie wyłaniającego się z podmokłych cmentarzysk? Pamiętacie, rzecz jasna film “Poltergeist”…
Poradniki są lekturą katorgą. Czytam I zerkam na siebie, na dzieci swe. Ja do niczego niepodobna. Urlopu macierzyńskiego nie wzięłam, taszczę dzieci do pracy, na miasto, do znajomych. Czy Antek obraca się z pleców na brzuch? Czy Kuba rozumie na czym polega zaćmienie Słońca. Ma wiedzieć co to zaćmienie Słońca, bo to w czwartej klasie przerabiają. Głównie zaćmiony piłką chodzi.
Człowiek w chwili urodzenia musi spełniać normy I oczekiwania innego człowieka, który drepcząc z nogi na nogę czeka już na bobaska z centymetrem, wagą i skalą. Pediatrzy to ludzie, którzy czyhają na nas z siatką. Łowią nasze dzieci w siatkę centylową z lubością kolekcjonując kropki a następnie łącząc je w linie, by na koniec wydać werdykt: w normie, poniżej normy, nienormalnie otyły. Pediatra pochylony nad linią wieku I wagi, nad kratkami i łukami przypomina mi kolekcjonera znaczków pocztowych, który z namaszczeniem I precyzją wsuwa kolejne nabytki w odpowiednie przegródki klasera. Kolekcja rośnie, przyrasta. A jak nie rośnie? To wstyd wyciągnąć klaser z szafy? To nie ma czym się chwalić.
Przy poprzednim dziecku działało mi to na nerwy, a teraz, dziesięć lat później, uwagi takie jak ta dotycząca “a kuku” powodują u mnie napady paniki. Może nie paniki, ale rozczulenia, żalu, zażalenia, migają mi obrazy wykopane z własnego wczesnego dzieciństwa, rusza lawina galopujących myśli o dzieciństwie mojego ojca. Ojciec w szafie siedział w czasie wojny. Faszyści zrobili jego rodzicom a kuku. Szafę czasem otwierano. A kuku. Mojej matki ojciec opuścił rodzinę. Zakochał się w harfistce wróżbitce. Rzucił dom. A kuku. Pojawił się I zniknął I więcej nie pojawił. Matka też mi zrobiła akuku, ale znikając rzadko pojawiała się ponownie. Na każde ćwiczenie uczące nas jak wesoło jest, gdy wszystko się zgadza, powinniśmy też bawić w zabawę o znikaniu na zawsze. Popatrz, dziecino, jaki ładny balonik. A tu popatrz. Widelec. Robimy dziurkę w baloniku. A kuku. Nie ma balonika. Nie da się przed wszystkim ochronić naszych dzieci. Lepiej przygotować je na to, że czasem nie da rady przewrócić się z brzucha na plecy, bo naszą łajbą buja martwa fala.

PODYSKUTUJ: