Aktualizacja

Aktualizacja
Trudno mnie wyprowadzić z równowagi, chyba że proponuje mi się aktualizację. Błogosławione są te sielskie dawno minione czasy, w których nie znano terminu aktualizacja. Gdy coś było w porządku, to po prostu stanu tego nie psuto ani nie starano się poprawiać na gorszy. Aktualizacja działa na mnie gorzej niż profanacja, degustacja utlenionych win, demonstracja homofobów wraz z faszystami czy eskalacja konfliktu USA-Meksyk. Od kiedy telefony przejęły nad nami władzę żyjemy w czasach terroru. Jestem bliska wyrzucenia mojego ajfona przez okno, bo oto od paru dni znów prosi mnie o aktualizację, ale nie jest to autentyczna prośba, jest to szantaż emocjonalny. Albo mnie nakarmisz, dostosujesz do kolejnego oprogramowania albo wyzionę ducha wraz z wszystkimi twoimi kontaktami, wiadomościami oraz galerią zdjęć. Moje portrety psa Korka i fotografie etykiet win (żeby nie zapomnieć który Riesling był dobry) to nie jest galeria Prado, ale wolałabym, żeby telefon nie decydował o moim życiu i archiwaliach.
Podczas, gdy byłam zajęta innymi niż gadżety elektroniczne sprawami, np. zarabianiem na dom, prowadzeniem programu telewizyjnego, rodzeniem dzieci, segregacją psów i wyprowadzaniem śmieci lub na odwrót, mój telefon przestał być telefonem a przepoczwarzył się w wielogłowego chińskiego potwora; coś między komputerem, aparatem fotograficznym a narzędziem sadystycznym o którym Markizowi de Sade nawet się nie śniło. Włącza się i wyłącza kiedy chce. Aktualizacja doprowadza każdorazowo do złej zmiany. Nic nie upraszcza, wszystko komplikuje. By korzystać z telefonu muszę go podłączać czyli używać kolejnego ohydnego słowa (synchronizacja) do komputera, a przecież mój komputer nigdzie nie potrzebuje dzwonić. Na co mu zatem przystawiony do ucha telefon? Telefon ma ułatwiać mi życie, a nie powodować, że tracę czas na opiekę nad nim. Bakelitowy telefon mojej babci nie potrzebował przez lata pomocy i żadnych kroplówek a tu ta chińska smartfonowata tandeta wciąż musi być tankowana niczym amerykańskie auto z lat 80.
Nie cierpię aktualizacji nie dlatego, że jestem stuletnią kobieciną w demencji, która wegetuje wykluczona cyfrowo, a jedyną mą atrakcją jest wyglądanie przez okno. Po prostu z zasady buntuję się przeciwko przymuszaniu nas do rzeczy nowych, gdy stare działają. Dobrze, że mąż mnie co dwa miesiące nie uaktualnia.

PODYSKUTUJ: