Furia

–Furia

Mechanizm jest prostszy niż drut. Najpierw media straszą nas jakąś chorobą podając najnowsze dane. Co druga Polka ma zwyrodnienia. Zwyrodnienia kręgosłupa, charakteru, kolan. Już co trzeci przedszkolak ma nadwagę. A jak nadwagę to i kolana trzeszczą, to i psychika mu siądzie, bo “gruby” na niego wołają na przerwie. Gruby w kolebce hydrze nic nie urwie, bo gruby do śmierci pozostanie. Tylko jeden na million czterdziestoletnich mężczyzn w Polsce stawia się na kolonoskopię, a jądra to już zupełnie pozostawione same sobie, niezbadane łupem nowotworu padną. Gdy już czytelnik nastraszony, włos na głowie mu stanął, przedsionki I sienie migotają– przychodzi remedium. Drugi obszerny, nierzadko sponsorowany jawnie bądź dyskretnie, artykuł o wszelkich lekach, pigułkach, masażach, uzdrowiskach, polach magnetycznych w postaci obręczy, masażach tajskich dostępnych w pakietach itd, itp. Zarobiony w gazetach najbardziej jest redaktor zajmujący się układami z koncernami farmaceutycznymi. Któż wykupuje więcej czasu antenowego i powierzchni reklamowej niż, dajmy na to, lek na zgagę.
Jestem za rozsądną dawką profilaktyki (nie cierpię hipochondryków!) jednak podkreślanie problemów zdrowotnych u dzieci budzi moją matczyną furię. Matka w furii jest niebezpieczna. Ten wpis zrodziła taka furia. Wiadomo- informacje o tym, że dzieci nasze są koślawe, grube, astmatyczne, anorektyczne, astygmatyczne, zezowate itd, itp. biorę do siebie. Wada dziecka budzi moje matczyne poczucie winy. Widząc dziecko z platfusem, krzywymi zębami, albo nastolatkę z kolanami w X pierwsze co mi się włącza to empatia w stosunku do rodziców. Niedawno pewna stacja radiowa podawała informację o tym, że wśród dzieci jest plaga próchnicy, a Polacy nie korzystają z usług stomatologicznych, nawet tych dostępnych w ramach NFZ. Powody podawane w ankietach to m.in. długi czas oczekiwania oraz strach przed dentystą. Profesor stomatologii pouczyła wszystkich rodziców: próchnica bierze się z niedokładnego mycia zębów, a dzieciom do 10 roku życia należy towarzyszyć przy myciu zębów.
Kto wychował chociaż jedno dziecko, a tym bardziej rodzice trójki czy szóstki dzieci wiedzą, że można by właściwie nie wychodzić z dzieckiem od pediatry, pulmonologa, dentysty, laryngologa, dermatologa etc. A to katar, a to kurzajka, a to migdał. Jeśli dzieci uprawiają sport wyczynowo, dochodzą regularne badania wydolności, czasu reakcji, wzroku, krwi itd. u lekarza sportowego. Załatwianie takich skierowań a potem długie badania odbywające się w czasie zajęć lekcyjnych wymagają od rodzica zwolnienia się z pracy, transportu dziecka, zwolnienia z lekcji, a tu pan profesor wymaga poprawki z historii albo wypada akurat klasówka z matmy. Noszenie aparaciku to gehenna. Wiem, bo mój syn nosi. Prześwietlenia, zrobienie aparatu, a następnie co noc przypominanie Kubie żeby aparat założył, żeby o niego dbał, czyścił, dokręcał, żeby nie zgubił na obozie. Matka czuje się jak wieczny inspektor. Zanim dziecku wyrobimy nawyk czegokolwiek—mycia zębów, słania łóżka, zmywania naczyń po sobie—mijają lata. Nie można oczekiwać od rodziców, że ich dzieci będą idealnie proste, a próchnica nigdy ich zębów nie zżarła. Aby dziecko było idealnie proste, zdrowe fizycznie I nie miało żadnych nerwic, lęków I żeby miało same dobre wyniki w sporcie I nauce matki musiałyby, używając terminologii pani stomatolog, towarzyszyć 24 godziny na dobę. Przecież w czasie snu czasem aparat na zęby wypada. Na obozie dzieci często niedokładnie smarują się blokiem antysłonecznym, a słońce powoduje czerniaka. Mój ojciec cierpiał długie godziny w kolejkach w państwowej klinice ortodontycznej, a o aparaciku na zęby pamiętał nawet podczas ferii zimowych (znalazł go w zaspie śnieżnej). Do dziś jestem mu za to wdzięczna, bo mam proste zęby. Ale ojciec mój nie pracował od 8 do 19 tylko miał całe życie wolny zawód. Media robią dużo by w matkach podkręcać poczucie winy. Znerwicowani rodzice pełni lęku to zaś gwarancja, że ich dzieci, chociaż może ze zdrowymi zębami, ale trafią do gabinetu psychologa rodzinnego.

PODYSKUTUJ: