Kobieta-pług

–Pług
Był talerz na stole. Już jest na ziemi. Była książka na półce, już jest na ziemi. Po podłodze stąpam jak po polu minowym. A to wdepnę w sitko, a to w durszlak, a to w “Nekroperformans” Doroty Sajewskiej, w misia bez ucha, w królika bez nogi, telefon bez baterii. Stał kosz, teraz leży kosz. Czy ta grawitacja nie mogłaby zachodzić jak Słońce? Ot, kilka godzin nie działać? Schylanie, podnoszenie, schylanie, podnoszenie. Układanie, zbieranie. Można nie robić i utonąć. Albo robić mechanicznie, ot, jedną półkulą krzątać się, a drugą starać się myśleć. Tylko co z myślami, gdy sił nie starcza, kręgosłup rypie, monotonność czynności zaczadza. Priorytety. Najpierw nakarmię dzieci, potem, jak czasu starczy, sama coś zjem. Najpierw uśpię dzieci, jak je uśpię, to coś zjem. Jednak wolę ich sen wykorzystać na to, że na chwilę się i ja się położę. Przecież zjeść mogę jutro. Z głodu nie umrę. Nigdy nie jest się za szczupłą ani za bogatą. Z kosza wyturlały się brudne pieluchy. Miska dla psa była pełna wody. Woda jest już rozlana wokół miski, ktoś tę wodę rozmazał po posadzce. Muszę wyjść do na spotkanie. Gdzie w tym krajobrazie po bitwie jest mój sweter? O, jest. Na ramieniu plama po kaszce. Na suwaku zasuszony banan. Gdzie komórka? Ładowała się. Lecz nie naładowała. Kabel wyciągnięty z jedynego “niezakneblowanego” gniazdka. Patrzę na nasze mieszkanie. Wygląda jak pobojowisko. Na ścianach zacieki. Nie, to nie zacieki. To słodziutkie “freski”, odbite rączki naszego syna, nowoczesna technika malowania dłońmi. Niesmaczne militarne porównania rozsadzają mi łeb. Moje rodzine gniazdo, a zarazem moje miejsce pracy, wygląda jak ruiny Berlina w ’45. Niczym “Truemmerfrau” próbuję wyciągać z tego bałaganu jakieś wartościowe cegły i układać je od nowa. Myślę o Natalii Przybysz i klaustrofobii, przytłoczeniu jakie odczuwa mając dwoje dzieci I mieszkanie, które jednocześnie zapewne jest jej pracownią. Poczucie klaustrofobii nie zależy od metrażu. W trzydziestu I w stutrzydziestu można czuć się przygniecioną. “Własny pokój” dla większości pracujących matek wciąż nie pozostaje li tylko przenośnią. Dzieci, szczególnie małe, rozprzestrzeniają się po domach szybciej niż kosmos się rozszerza, niż rosną nam biodra od bagietek i długi frankowiczów. Dzieci milkną tylko gdy śpią. Bądź grają na konsoli w słuchawkach na głowie (jakie to niezdrowe). Albo kobieta ucieknie z domu do biura, pracowni, biblioteki, pustego mieszkania przyjaciela bądź kumpla, albo bliscy, łącznie z psem, który walczy o przestrzeń na łóżku, dosłownie wejdą jej na głowę. Mamo, pomóż w lekcjach. Mamo, gdzie są moje wkładki. Kochanie, zajmij się dziećmi, bo ja mam raport do napisania. Wiesz przecież kochanie, że mój raport jest pilny, a twoja praca, cóż może poczekać, to tylko damska pracka. Wszystkim kobiety takie jak Natalia Przybysz imponują. Zdolna, ładna, odważna, prawdomówna, ma zawsze tłumy fanów na koncertach. Ludność do takich kobiet lgnie. Oplatają je niczym bluszcz. Ładują nimi swoje baterie. Nawet, jeśli mama zamknie się w pokoju, będą do niej pukać, drapać. Daj mi siebie, daj na sobie posiedzieć, poleżeć, pokarmić się tobą, lubię twój zapach, lubię jak mnie głaszczesz. Bywa, że matki czują się kolonizowane. Psychicznie i fizycznie. Granice są potrzebne. Cisza, pustka jest potrzebna po to, by zdrzemnąć się lub usłyszeć własne myśli. Kocham moich bliskich, ale czasem czuję się tak przytłoczona ludźmi i rzeczami, że histerycznie szukam czegoś pod ręką, czegoś co mogę wyrzucić. Puste butelki, złe książki, nigdy niesłuchane płyty- karczować, walcować, usuwać po to, by zrobić sobie miejsce. Zazdroszczę pługom. Przejechać tak czasem wokół siebie, zrobić sobie miejsce. Matki muszą mieć siłę, by czyścić przestrzeń i zatykać sobie uszy, bo dzieci, rośliny, panowie, pracownicy, kurz, brud, a nawet rozrastający się w domu fikus będę im wchodzić w drogę. Idzie zima. Może zaskoczy drogowców, ale nie kobietę-pług.

PODYSKUTUJ: