Leniwy piątek

–Leniwy piątek
Świat tzw. korpoludzi dzieli od świata tzw. wolnych strzelców przepaść głębsza niż ta z wiersza Tadeusza Różewicza pt: “Przepaść” , który to wiersz przypomina mi się zawsze, gdy osoba starsza nie nadąża za ponaglającym pejczem sygnalizacji świetlnej (Polacy geriatryzują się, a światła na zebrach nie biorą tego pod uwagę). Jedna i druga grupa pracownicza łypie na siebie raz z podziwem, raz z zazdrością, często z pogardą lub wyższością. Z etatu zwolnili mnie tak szybko, że nawet nie zdążyłam liznąć mobbingu, wypalić się zawodowo, poznać głównej kadrowej i wybyczyć się na szkoleniu BHP. Jak wiele freelancerek uważam, że mam najgorzej. Nie wiem, co to płatny urlop. Nie mam bajeranckiej smyczy z plastikiem. Nie raportuję, więc nikt mnie nie dopinguje. Nie mam zespołu twórczych, roześmianych koleżanek przynoszących ekolancze w pudełkach, kolegów pijących piwko po robocie, wylotów służbowych na szkolenia w Dżakarcie, smętnych godzin w samolotach, zakupów w butikach lotniskowych między konferencjami, darmowej siłowni, szefowej, która raz marchewką mi macha, raz kijem, nie dla mnie wystawanie w palarni na tarasie w wianuszku palaczy, nie mogę pobiec do działu IT, gdy padnie mi laptop, nie dla mnie “bal i ubaw”, służbowe komórki, służbowa yariska, klimatyzowane biuro, korpośledzie i inne cuda tego świata. O socjalu nie wspomnę. Nie muszę ukrywać ciąż pod luźnym ubraniem, bo pies z kulawą nogą tym się nie interesuje, w razie mojej przewlekłej kosztownej choroby klient nawet nie obejrzy się na moje gruźlicze pojękiwanie na korytarzu szpitalnym tylko zatrudni osobę młodszą ze zdrowszą wątrobą. W 60. roku życia zatem zrobię prawo jazdy C plus E na ciągnik siodłowy, a potem po 70. będę dorabiać sobie jako drzemiąca ochroniarka podpierająca się o herbatę w termosie w budce na budowie.
Słowo “urlop”, choć brzmi sztywno jak niemiecki Urlaub, jest czymś co etatowcom “przysługuje”, co mogą “wykorzystać” jak umięśnionego koleżkę, a my, freelancerki nigdy nie odpoczywamy bo albo jesteśmy zarobione, albo nie pracując, tracimy to co odłożyłyśmy lub włosy ze stresu, że kolejne zlecenie nie nadejdzie. Ostatnio w środku piątkowego poranka zadzwoniła moja przyjaciółka, która pracuje na pełen etat na wysokim stanowisku w wielkiej światowej agencji prasowej. Była zdyszana.
“Dzwonię, bo wzięłam sobie wolny dzień…”
Ale jej dobrze, też bym wzięła, ale nikt nie daje. “I co, jesteś na spacerze z kotem?”
Nie, biegnę z puchówkami dzieci, koszulami męża i moimi garsonkami do pralni chemicznej, ale ekologicznej.
Hm.. O, to miło. Jaki relaks jeszcze planujesz na ten wyjątkowy dzień?
Na 11:00 muszę zawieźć teściową do ortopedy na usunięcie ostrogi piętowej, a potem odbieram małą ze szkoły bo ma wizytę u ortodonty, a ja
Żeby odleżyny ci się nie zrobiły… może jakiś romantyczny podwieczorek z mężem?
Mąż jest na konferencji w Dubaju, co ty. Więc mam podwójnie wolny dzień, ha ha. Kończę, bo właśnie wchodzę do serwisu blacharskiego, postanowiłam auto wyklepać.
A po co dzwoniłaś?
No jak to, pogadać, bo mam dzień urlopu, hejka Agato moja.
Z etatem czy bez odpocząć się nie idzie. Telepka ta sama.

PODYSKUTUJ: