Proszę księdza

Proszę księdza
Bieg na 200 m to diabelsko ciężka konkurencja i to może być powód dla którego od dekady nie pokonał tego dystansu żaden ksiądz z mojej osiedlowej parafii. Rano wyciągnęłam z tapczana dalmierz laserowy I tą oto metodą, metodą szkiełka i oka zmierzyłam odległość dzielącą naszą osiedlową parafię św. Aleksandra od mojego mieszkania. Wynosi ona 202 m w linii nieprostej, w linii osoby kroczącej łagodnym zygzakiem. Po drodze przejść należy dwie zebry, dodam że mieszkam w prowincjonalnym mieście Europy, a nie na Saharze, więc są to pasy na jezdni, a nie dzikie zwierzęta. 200 m to trudny dystans, trzeba to powiedzieć na obronę księży. 100 m łatwo na jednym oddechu przebiec, nawet bez szynela i kalesonów. 400m już rozkładamy powolutku, bo to całe okrążenie stadionu– wykańczający dystans, w głowie się może zakręcić, pić się zachce, nie każdy ksiądz ma kondycję, talię, bicepsy, bo z zakrystii do ambony krótszą trasę robią. Nie każdy sługa boży to Usain Bolt. No, ale czyż obowiązek ewangelizacji , zwykła ciekawość bliźniej czy też instynkt opiekuńczy nie powinny księdzu dodać skrzydeł I ponieść go te 200 metrów z kolędą do naszej gościnnej izby? Ponad dziesięć lat tu mieszkam I księdza ni widu ni słuchu, a tymczasem sprzedawcy odkurzaczy, garnków, politycy, działacze, greenpeace, bezdomni itd. pukają do nas często.
Łatwo jest kolędować z najwierniejszymi wiernymi parafii. Takimi wiernymi, którzy bywają w kościele nie tylko w święta, ale I na co dzień, którzy uczestniczą w zajęciach chóru, biorą dyżury przy sprzątaniu, przynoszą kwiaty, dają na tacę ofiarę, choć wcale im się dobrze nie powodzi, sprawdzają dzieciom zeszyty z religii. Do takich wiernych miło wpaść z kolędą, bo nie są to ludzie “obcy”. Ja jestem dla księdza obca. Ale to nie znaczy, że jestem nastawiona wrogo. Jestem ateistką, ale nie gryzę, nie mam rogów, nie przerabiam dzieci na macę. Na widok księdza nie syczę przez zęby “szatan, szatan” ani nie wyzywam go od pedofili. Katolików nie uważam za naiwnych czy obłąkanych. Chętnie porozmawiam z księdzem, dowiem się co u niego słychać, jakie ma problemy I radości, pośpiewać możemy, pograć na pianinie, wino mam, kielichy też. Dowiem się czemu kolędowanie służy, co tam nowego u Franciszka i w ogóle poczuję może o co w tym kolędowaniu biega, bo przecież nie jest to tylko zbiórka na tacę ani bieg na 200m. I czy ateistki mogą kolędować czy to może herezja—warto sobie powyjaśniać to I owo.
Kilka dni temu odwiedzałam pewien polski katolicki dom wielopokoleniowy. Cioteczka dosłownie ćwierkała bezustannie rozradowana iż oto już jutro będzie ksiądz po kolędzie. Gdyby nie ziąb I zawieja najchętniej już drzwi by trzymała otwarte na oścież. W kopercie już leżały całe jej oszczędności, bo cioteczka nie ma wydatków, wyrzekła się wszystkich przyjemności, nosi ubrania sprzed ery Gierka nie zdejmując ich nigdy, nie piorąc, nie je nic poza okruchami, nie perfumuje się, nie rozplata warkocza, nie było nigdy żadnego mężczyzny w jej życiu prócz proboszcza. Ojciec domu, wiekowy, jest mu już wszystko jedno. Udał się na emigrację wewnętrzną. Liczy się tylko czy był obiad I czy psa ma na spacer wyprowadzić. Ojciec już w ogóle nie rejestruje kto do domu wchodzi a kto z domu wychodzi, chyba że stwór ten ma cztery łapy, bo ojciec zawierzył swe życie I zdrowie psu. Pies go wyprowadza na powietrze. Żona tymczasem nie cierpi “katoli”. Nie cierpi ich za wszystko. Za to, że ciotka tam całe życie w ławach spędza zamiast w domu gotować, prać, sprzątać, bratem się zajmować, męczyć się z dziećmi tak jak Żona. Za to,że księża nie uratowali jej z nieudanego małżeństwa, za to , że jest chora, za to, że jest biedna, że jest samotna, że psu z gęby śmierdzi, za to że jej mąż ma demencję.
Wizyta księdz po kolędzie prowokowała w tymże domu wymianę poglądów:
–A idźże mi z tym swoim księdzem, ciotka! A ty poodkurzałaś w ogóle przed jego wizytą? Bo runo leśne tam masz u siebie w pokoju.
–Odkurzę, odkurzę.
–On sobie może do ciebie przychodzić, ale nie wiem po co, pasożyt, życia prawdziwego nie zna. Szklanki dobrze wymyj.
–Pies był? Kto przyjdzie?
–Ksiądz, no przecież, chyba nie kominiarz.Ja się położę bo jestem chora, niech mi tu na górę nie przychodzi, o, antybiotyk mam.
Żona na kler złożeczy tymczasem w jej pokoiku trzy figurki Matki Boskiej, nad drzwiami krzyż katolicki podynduje. Każde trzaśniecię powoduje że Chrystys na krzyżu podskakuje a szatę mu podwiewa.
–Księdza nie chcesz, a przecież jesteś religijna, tyle krucyfiksów jednocześnie to ja tylko w galerii sztuki gotyckiej Muzeum Narodowego widziałam, pozwalam sobie skomentować pomstowanie Żony.
–A to ja już tego drewna nie widzę nawet, to Ciotka mi stawia, naprzywoziła tego kiedyś z Tatr. Jak pochowam do szuflad to ona mi znów nastawia.
Pytam kolegę mieszkającego samotnie w bloku czy u niego był ksiądz.
–Był. Ale fajny. Nie cierpi PiS’u. Popiliśmy I sprzedałem mu anginę. Dzwonił do mnie wczoraj I mówił, że tak się zaraził ode mnie, że ostatnie namaszczenie zamówił.
Być może ksiądz z mojej parafii nie wierzy w wizyty. Uznaje tylko rewizyty. Czyli, że ja będę musiała najpierw wprosić się do niego i ładnie poprosić, by przybył z rewizytą do mnie. Ale wtedy to już nie będzie żadne olśnienie.

PODYSKUTUJ: