Urodziny syna

Niedawno obchodził urodziny mój syn. Jest moim największym szczęściem i radością. Urodziłam go dzień przed świętami. W szpitalu panował totalny chaos, nie było odpowiedniej ilości pielęgniarek, a te co były zajęte były przyjmowaniem życzeń świątecznych. Poleżałam sobie w bólach 12 godzin na stole i nic, dopiero rano przyszła lekarka i sprowokowała poród. Byłam tak zmęczona,że nawet niedokładnie widziałam moje dziecko, pielęgniarka pokazała mi go bardzo szybko i zabrała do reszty dzidziusiów. Ja po ponownym leżeniu iluś godzin na korytarzu zostałam odtransportowana na salę.

Najgorsze było to,że kazano mi brać amiplicylinę 3 sztuki co 3 godziny ale nie było nikogo kto przyniósłby mi wody ( oto uroki braku personelu), leżałam tak w łóżku szpitalnym pilnując czasu by co trzy godziny zjeść te tabletki – bez popicia były straszne. Następne godziny również były bez picia. Jedna z pań poszła po pielęgniarkę, ale zemdlała po drodze. No, ale to już koniec nieprzyjemnej sytuacji – jak na pustyni.

Potem przyszła sama radość i piękno. Pielęgniarki przyniosły maleństwa wszystkim oprócz mnie , bo ja nie mogłam karmić z powodu antybiotyku. Poprosiłam jedna młoda pielęgniarkę,żeby przyniosła moje dzieciątko na czas karmienia to chociaż je sobie potrzymam. I tak się stało, dostałam zawiniątko, niepłaczące. Spojrzałam i wtedy pierwszy raz w życiu zetknęliśmy się wzrokiem – ja i moje dziecko.To było najcudowniejsze uczucie jakie można sobie było wyobrazić. To był dotyk miłości. Poczułam co to jest szczęście i w jednym momencie wytworzyła się między nami więź na cale życie.

Już w drugim dniu wywalili nas ze szpitala, bo nie było obsługi – ale za to my na Boże Narodzenie już byliśmy w domu. Rodzina oszalała z radości. Mój synek odmienił nasz dom rodzinny stał się światłem i radością. Babcia i dziadek odmłodnieli, szare dni zamieniły się w słoneczne dni bez względu na pogodę. Siostra robiła na drutach mojemu synkowi przecudne ubranka. Wszyscy chcieli siedzieć koło jego łóżeczka bo wydawało nam się, że od niego rozchodzi się jakieś kojące promieniowanie.

Żyliśmy sobie z nim pięknie i radośnie.Były także straszne momenty np. gdy miał zapalenie płuc. Myślałam wtedy, że zwariuję z rozpaczy.

Czas upływał bardzo szybko, potem była szkoła, zawsze najlepsze stopnie. Ja nie miałam samych piątek zawsze zdarzała mi się czwórka z matematyki a potem z chemii i z fizyki. A on był w tych przedmiotach także bardzo dobry.Potem były Olimpiady z historii i matematyki – czołowe miejsca w województwie.

Potem zrobiłam coś czego on nie chciał a mi wydawało się, że dobrze robię wyjechaliśmy za granicę. Naraziłam go na wielki wysiłek – nauka w obcym kraju, dodatkowe języki, matura z 8 przedmiotów. Dużo ciężej niż u nas. Potem były studia, przeleciały szybko. Gdy odbierał dyplom magisterski profesor powiedział ,że był jedynym studentem, który o nic nie pytał, był tylko na jednym spotkaniu z profesorem i sam napisał pracę magisterską. Byłam z niego bardzo dumna, fotografowałam go z każdej strony przy odbiorze dyplomu.Teraz jest dorosłym człowiekiem, mogę na nim polegać, to uczciwy, prawy człowiek.Jestem z niego dumna i jestem szczęśliwa,że dał mi go Bóg i akurat na Boże Narodzenie.

PODYSKUTUJ: