24 godziny bez internetu…

…funduje sobie w ramach rekonwalescencji. Pierwszych pare godzin mija bez problemow. Potem robi sie gorzej.

Korci mnie, zeby zobaczyc, co sie dzieje na fabryce, jak posuwaja sie prace, co sie wydarzylo. Korci mnie, zeby zobaczyc czy ktos cos ode mnie chcial na whatsapp. Jeszcze bardziej korci mnie sprawdzenie mojej prywatnej poczty. Cale szczescie, ze nie uzywam Facebooka bo tez by mnie korcilo….

Biore ksiazke i zatapiam sie w czytaniu. Czytam „Casual vaccancy” J.K. Rowling. Autorka Harry Potter zabrala sie do pisania dla doroslych i swietnie jej wychodzi, musze przyznac. Czyta sie tak, jakby sie ogladalo dobry film. Okropnie wciaga, mimo ze ani sensacyjna ani dramatyczna to ksiazka.

Dochodze do slowa, na którego temat nie jestem pewna co DOKLADNIE oznacza. Juz, juz chce wlaczyc komputer, zeby sprawdzic w internetowym slowniku (papierowy gdzie zgubilam lata temu, ale zguby nie odczuwam, bo przeciez jest internet!)) ale przypomina mi sie, ze mam 24 godziny go nie uzwyac. Trudno, z kontekstu zdania mozna sie domyslic, ale tak do konca nie wiem…

Wieczorem chce wlaczyc internet na moim telefonie, zeby zobaczyc pogode na kolejny dzien – oj, nie. nie, jeszcze pare godzin musze bez prognozy wytrzymac.

Stawiam sobie diagnoze: jestem niepoprawnie uzalezniona od wielkiej sieci i cos z tym trzeba zrobic. Robie – wlaczam komputer.

PODYSKUTUJ: