Podróz , pobyt i podróz powrotna ….

minely szybko, jak sen.

Powrót do domu okazal sie byc traumatycznym przezyciem – podczas zakladania przez komin nowego systemu ogrzewczego panowie tak energicznie sie z tym systemem zmagali, ze cale mieszkanie (a szczególnie kuchnia) pokrylo sie szara sadza. Na podlodze w kuchni – dodatkowa atrakcja – gruz z komina. To, czego o sadzy nie wiedzialam (albo wiedzialam, ale zapomnialam) to jest jej tlusto-lepka konsystencja. Zmywa sie niechetnie i dlugo. To troche tak, jak ten pan na stacji benzynowej, lata temu, kiedy zaciely sie nam kluczyki w baku samochodu. Poproszony o pomoc, powiedzial „….zrobie to, ale zrobie to niechetnie…”.

Wieczorem ogladamy niemiecki film o kobiecie dojrzalej (czytaj w moim wieku), która walczy na róznych frontach z wiatrakami. Jest przykladna matka, córka, zona, jest z zawodu kreatywna kucharka i oprócz prowadzenia wlasnego hotelu i restauracji prowadzi program kulinarny w telewizji. W pewnym momencie pada (literalnie) na ziemie z diagnoza „burnout”. Za duzo, za szybko, za wysoko. Koniec jest cierpko-slodki – kobieta dojrzala przebacza mezowi afere (ale traci przyjaciólke, z która maz te afere mial), sprzedaje hotel (ale ma przez to do czynienia z obrazona na smierc mamusia) i przestaje pracowac w restauracji przez 25 godzin na dobe (a za to ma czas dla dorastajacej córki). A przede wszystki uczy sie mówic „nie”.

Towarzysz Odcinka Zycia patrzy na mnie z niepokojem. „Powinnismy czesciej wyjezdzac, zeby tobie sie cos takiego nie stalo” mówi, patrzac na mnie z troska. Wie co mówi, juz mu sie pare razy popsulam.

A tymczasem znowu zaczely sie czasy fabryki…

PODYSKUTUJ: