Mieszkaniec przystanku autobusowego

…. coraz czesciej i coraz dluzej spi. Jak sie spi, to nic nie trzeba. Nie trzeba jesc, nie trzeba pic. Niedlugo nadejdzie sen zimowy a potem ten ostatni. Coraz ciemniej, coraz bardziej buro-szaro o kazdej porze dnia. Rok temu mielismy rekordowe cztery miesiace bez slonca – czy w tym roku bedzie powtórka? Och prosze, nie…

Wczorajszy wieczór spedzamy na statku na przyczepke do duzej grupy – plyniemy do Poczdamu az do mostu, na którym w czasie zminej wojny wymieniano szpiegów (most znany z filmów 007); potem nawrót i do przystani. Podróz trwa cztery godziny i jest wszystkim, tylko nie romantyczna przejazdzka po nocnych wodach Berlina. Na statku w rytmie techno bawi sie tubylczy klub sportowy – tak naprawde to jego ostatnia impreza – klub zbankrutowal i wlasnie znajduje sie w trakcie procesu upadlosci majatkowej. Prezes klubu – glówny odpowiedzialny za bakructwo – tez jet na statku i bawi sie ze wszystkimi, jakby nigdy nic.

Dobijamy do brzegu, tworza sie male grupki, poszeptywanie po katach, prezes swinskim truchtem zbiega z pokladu… Okazuje sie, ze przepuscil takze skladke zebrana wczesniej od klubowiczów na oplacenie przejazdu statkiem – cale 600 euro…. My nie nalezymy do tego wszystkiego: patrze przez szybe kabiny na wzburzonych klubowiczów, muzyka techno milknie. Oj, ktos bedzie jutro maszerowal z podbitym okiem.

Ten przystanek autobusowy to ostatni etap upadlosci finansowej. Na przystanku nie dzieje sie juz nic. Nic sie nie zdarzy, nie ma na co czekac – nawet autobus nie przyjedzie, bo przystanek z powodu robót drogowych nieczynny. Prezes jeszcze nie wie o przystanku, jeszcze nie spotkal sie wzrokiem z pustym spojrzeniem pana z przystanku autobusowego. Wszystko jeszcze przed nim.

PODYSKUTUJ: