Dzisiaj to taki kwietniowy dzien…

…mówi do mnie pani w przychodni. To prawda – slonce-deszcz-slonce…

Nareszcie znajduje czas i wole wyjscia z domu w sprawach, na które nigdy nie mialam czasu. U fotografa robie zdjecia do paszportów, bo jeden juz sie skonczyl a drugi wlasnie sie konczy . Fotograf patrzy na mnie podjerzanie, bo rózne panstwa maja rózne wymagania. Pyta czy jestem pewna. Jestem. Wychodze z siedmioma zdejciami – pierwszy krok w keirunku  czterodniowego wyjazdu do Nowej Zelandii.

Bronilam sie przed tym wyjazdem, bo to przeciez tortura – cztery dni w samolocie aby spadzic cztery dni w zjazdowym ciemnym bunkrze. Ale jak zaczelo smierdziec konsekwencjami to sie poddalam. To tylko tak ladnie wyglada – czetry dni w Nowej Zelandii – prawda jest duzo bardziej prozaiczna i smutna. Spuchniete nogi, bezsennosc, potworne zmeczenie, ból w plecach, nerwy… Ale tym sie bede martwic za dwa miesiace. Ja tak chetnie martwie sie na zapas, mawia o mnie Towarzysz Odcinka Zycia, i ma racje.

Dach mojej kamienicy powoli znika z dachu. To takie niesprawiedliwe – sto lat dobrze sluzyl, jeszcze ze sto by sobie polezal.

Dach na strone – jeszcze raz przychodnia i bank i bede gotowa na dzisiaj z moim planem rzeczy do wykonania. Adelante!

 

 

PODYSKUTUJ: