Fabryczny dzien…

…wciagnal mnie na calego. Znowu zyje stara rutyna. Wczoraj caly dzien studenci, dzisiaj rano klinika – troche sie pozmienialo, nowe twarze, nie wiem kto jest kto. Zderzenie z córka siostry przelozonej – tak, siostrzyczka zatrudnila swoja córke jako swoja sekretarke. Córka ma minimalistyczne podejscie do zycia i na kazde pytanie odpowiada „nie wiem”.

„Poprosze klucz od szafy ze sprzetem audio-video”, mówie do córki siostry przelozonej.
„Audio-video?! dziwi sie patrzac sie na mnie tepo – cichutko dziwiam sile genów – wypisz, wymaluj mamusia.
„Tak, szafe gdzie jest rzutnik i mikrofony i tak dalej” tlumacze.
„Nie wiem, gdzie to jest” pada odpowiedz.

„Ilu pacjentów ma dzisiaj przyjsc?” pytam lagodnie.
W odpowiedzi slysze „Nie wiem (oczywiscie)” po czym nastepuje kontratak – „A po co ci to wiedziec?”
„Sa tylko cztery osoby, chce wiedziec, czy mam dalej czekac i na ile osób”
„Aaaaa….” córka siostry przelozonej przerzuca pare papierów i nagle wie!: „Ma byc dwanascie osób”
„To gdzie jest jeszcze osiem?” pytam cierpliwie:
„Nie wiem”

Czekam. Czekam. Zaczynam wyklad. Wciskam guzik laserowego wskaznika – nie dziala. Chce zmienic slajd – pilot tez nie dziala. Wychodze. Szukam baterii.
„Gdzie sa zapasowe baterie do wskaznika i pilota?” pytam troche juz podrazniona, ze wszystkom idzie jak krew z nosa .
„Nie wiem” pada odpowiedz poparta pustym spojrzeniem w dal.
„A kto ma wiedziec?” draze dalej.
„Nie wiem”

Pobita, cofam sie do sali wykladowej i przy pomocy olówka jako wskaznika, biegajac od ekranu do rzutnika miotam sie dla czterech osób. Ale tak juz czasem jest. Zreszta – nie wiem.

Po poludniu Berlin robi sie bialy i wlasnie w tym momencie udaje sie na lotnisko. Lot do Norymbergi trwa krótko ale czekanie pozwolenie startu – dlugo. Spózniamy sie o godzine, taksówka, hotel, kolacja z innymi, porykujaca rozmowa w pelnej po brzegi piwiarni – wlasnych mysli nie slysze, hotel, nareszcie sama. Wywlekam Oscara z walizki – jestesmy sami. We dwóch.

PODYSKUTUJ: