Czwartkowy berlinski poranek…

…jest zaplakany i zimny. Oscar i ja jedziemy na lotnisko, aby sie z tej mizerii wyrwac. Ustawiamy sie w kolejce do samolotu i zaczynamy powoli wchodzic do rekawa. I stop. Nie wpuszczaja nas na poklad. Okazuje sie, ze pierwszy oficer nie przyszyedl do pracy a jeden pilot to za malo aby latac. Nomen-omen, lece linia lotnicza, która pare miesiecy temu stracila maszyne dokladnie z tego powodu – pilot byl sam w kokpicie i postanowil zakonczyc zycie swoje no i innych – szkody kolateralne – po czym jak postanowi, tak i zrobil, czyli wbil samololt we francuskie Alpy. Zawracaja nas z powrotem do poczekalni i czekamy – tym razem na zastepczego pierwszego oficera.

Do Bolonii docieramy z dwugodzinnym opóznieniem, które natychmiast wybaczam, bo po pierwsze dolecielismy a po drugie dolecielsmy do miejsca, w którym jest pieknie, slonecznie i cieplo. Super! Docieram do mojego hotelu, który kiedys byl domem pielgrzymów i nie jest gwiazdkowy, nie ma odzwiernego ale za to jest spokój i duze pokoje. Przed hotelem wlasnie konczy sie tragedia, karabinierzy wypytuja ostatnich swiadków – motocyklista zostal potracony przez samochód. To cód, ze tylko jeden taki wypadek sie przez te pare godzin zdarzyl – wedlug mnie, bolonskie ulice powinny byc zamkniete dla ruchu drogowego (patrz zdjecia pod spodem).

Ide cos zjesc i po drodze odkrywam sklep spozywczy, otwarty równiez w niedziele. Jest duzy, ma mnóstwo serów i wedlin i prawdziwego masarza. Robie w glowie plan – przed wyjazdem z tego raju zrobie zakupy, zeby troche przedluzyc mój wyjazd i zeby Towarzysz Odcinka Zycia tez troszke tych dóbr spróbowal…

PODYSKUTUJ: