Warszawa wita…

….przeblyskami slonca. Jak milo. W Berlinie leje, wiec wygralam.

Wykonuje zaplanowane prace i przemieszczam sie do hotelu. W hotelu czkam na mnie niepodzianka, bo zamiast oczekiwanego ciasknego pokoiku dostaje caly apartament, z salonem, sypialnia, lazienka, ubikacja i wielkim przedpokojem. Czyli od czasu do czasu dobrze jest. Na dodtatek, tak jak moja agentka podózy poprosila, pokój nie wychodzi na ulice z trmwajami ale na ogród i jast daleko od windy. Po prostu genialnie!

Oscar ciekawie wynurza sie z walizki i tez jest zadowolony – ma wlasne loze. Na tylach hotelu odkrywam mal uliczke z przytulnymi barami studenckimi. Wybieram jeden z nich, zamawiam pierogi i piwo z kija, do tego mila rozmowa z wlascicielem lokalu, serce rosnie.

Ale jak zawsze, musi byc zgrzyt. Rodzicielka szwankuje na zdrowiu i mam wrazenie ze to szwankowanie jest bardziej rodzaju psychicznego niz fizycznego. Patrze sie w jej oczy, ale one sa daleko ode mnie. Nagle zapomina o dolegliwosicach i zaczyna ogladac mój plaszcz, pytam czy na watolinie i czy cieply. Po czym odplywa w narzekania, ze wszystko jest nie tak i ona na pewno umrze. „Wszyscy umrzemy” – pocieszam ja jak moge – „ale jezeli sie zle czujesz, to zamówie wizyte lekarska”. Nie, lekarz jej juz nie pomoze. I ja mam wyjsc bo na chce spac. Konsultacja z siotra, która jest na ostatnich nogach. Szkoda mi jej, szkoda mi rodzicielki, szkoda mi tego wsztystkiego ale jestem w niemocy – moje obecnosc albo nieobecnosc nie zmienia nic, ani na milimetr. Memento mori.

PODYSKUTUJ: