Praski wieczór….

…pachnocy cynamonem i gozdzikami z grzanego wina.

Ide cos zjesc. Próbuje pare razy dostac sie do tak zwanych tradycyjnych czeskich restauracji ale to marzenie scietej glowy.
„Masz rezerwacje?”
„Nie mam”
„To brdzo nam przykro…”
Pokonana, laduje w czeskiej wloskiej restauracji. Trudno, w tlustym brzuchu mi burczy, trzeba cos zjesc, nawet, jak nie jest tradycyjne. Zamawiam wlsokie kopytka z sosem. I piwo. Kolo mnie siedzi przedziwna trójca. Ona – okolo czterdziestki, szacuje, ze z Mongolii, naprzeciw niej dwóch mezczyzn – jeden w jej wieku a drugi poteznie starszy, szacuje go na osiemdziesiatke.

Zaczynamy rozmawiac, bo ona dumnie z medalem i podkoszuka z maratonu we Florecji. Rozmawiamy po angielsku, ja jej gratuluje, on  sie cieszy, mlodszy mezczyzna po drugiej stronie stolu ja chwali, staruszek pyta co ja powiedzialam, ona mu pisze na kartce bo on prawie gluchy.
„Jak myslisz, ile mój maz ma lat?” pyta mnie maratonka.
„Kolo czterdziestki”
„Nie, nie, to nie jest mój maz, to nasz znajomy. Mój maz to ten starszy pan”
„Kolo osiemdziesiatki”
troche sie poce ze strachu, zeby go nie urazic, bo a nuz ma siedemdziesiat piec…
„Dziewiedziesiat piec”
„Ile?”
„Dziewiec-piec” mówi ona i zaczyna pisac jemu na kartce, ze oszacowalam go na pietnascie lat mniej. Paranoja.
Ona jest Rosjanka z Kazachstanu, on Czechem, na stale mieszkaja w Seattle a facet kolo czetrdziestki, Angus, to Irlandczyk i przyjaciel rodziny.

No i tak nam sie swiat zmniejsza.
Wazni sa tylko ludzie.
Skad i dokad sie podaza to tylko przystawka do obiadu.

 

PODYSKUTUJ: