Wnosze zmoczony deszczem sweter…

…z balkonu do lazienki, niech sobie powisi w ciepelku. Mial sie wczoraj przez chwilke przewietrzyc, ale zapomnialam o nim i teraz mam za swoje.

Miasto w coraz goretszej goraczce swiatecznej – zakupy, wino grzane, wino grzane, zakupy. Mnie ani jedno ani drugie nie ciagnie, troche sie udzielam – no bo trzeba, bo jak to tak – ale w srodku odczuwam niechec i niemoc. Wczorajsza rozmowa z E. uswiadami mi, jak czlowiek jest kruchy i jak reguly gry, tak oczywiste i proste w dziecinstwie, nabieraja jakichs koszmarnych i przytlaczajacych wymiarów, w miare posuwajacego sie zycia. Nie mozna sie odciac ani od rodziców, ani od dzieci. Mozna z nimi nie miec kontaktu, ale to wszystko – kto wie, czy to nie gorzej niz kontakt miec.

Czlowiek, jak motyl na szpilce, w gablotce pracownii biologii – trzeba trzymac sie sztywno i dopasowac do innych w szeregu.

Na ulicach coraz wiecej uchodzców, z papierami w rekach podazaja gdzies albo wracaja skads. Telewizja pelna jest programów pokazujacych potworny nonsens zarzadzen, nakazów i zakazów dotyczacych tych ludzi. Nie mam zdania, ale wszystko to mnie przytlacza.

W siweta Bozego Narodzenia popelniane jest – statystycznie rzecz biarac – najwiecej sampbójstw. I nic dziwnego, podczas kiedy jedni swietuja w sosie rodzinnym, inni,  pozbawieni tego sosu, nie moga sobie dac z tym rady i postanawiaja nie byc. Tak jasne staje sie przegrane zycie w sieta Bozego Narodzenia. Tak proste wyglada rozwiazanie…. a nie jest. Bo kiedy juz przestanie sie byc, uruchamia sie automatycznie kaskada skaleczen u innych.

Ide sie meczyc na fabryce. Fajnie jest miec gdzie pójsc, aby sie meczyc. Wiec doceniam to bardzo glosno i wyraznie.

PODYSKUTUJ: