Ocieranie sie o cel

Student z Dalekiego Kraju juz, juz prawie dotarl do celu – wlasnie przyslal mi e.mail. Na razie, po 14-godzinnej podrózy samolotem (z przesiadka w Rydze) dotarl do stolicy, czyli do Taszkientu. Ma jeszcze przed soba 20-godzinna jazde pociagiem… Ciekawe, jak mu sie zycie ulozy… – mysle sobie odrobine filozoficznie. Ciekawe, czy jeszcze kiedykolwiek stamtad wyjedzie w Daleki Swiat. Ci, których przeraza poziom medycyny w Polsce, powinni przejechac sie do Uzbekistanu. Ja nigdy nie tam bylam, opieram sie na tym, co „mój” student nie tyle opowiedzial, ale ile wiedzial. A wiedzial okropnie malo. Jednoczesnie byl wyslany jako „przodownik pracy” czyli najlepszy z uniwersytetu. Inteligentny byl, chlonny ogromnie – ale zakres wiedzy mial zalosnie, do bólu zalosnie maly. Instrumenty do badan znal tylko z obrazków w ksiazce – na taszkienckim uniwersytecie wiecej nie mieli, tylko obrazki… Ciekawe, co zrobi ze swoja olbrzymia na jego warunki wiedza praktyczna? Nie ma jej przeciez jak zastosowac. A moze znajdzie sie sposób, zeby jakos pomóc? Mysle o kilku firmach, które moze moglyby pare starszych modeli róznej aparatury nie sprzedac ale – podarowac. Zobaczymy.

Zjadam kawalek placka czekoladowego upieczonego przez mame pani Kasi i mysle sobie, ze to ja wlasciwie moglabym byc mama takiej pani Kasi i piec dla niej placek, zeby jej zycie w akademiku oslodzic… Ale nie jestem. Chyba z rok temu, krótko po przyjezdzie pani Kasi, przyjechali w odwiedziny jej rodzice. Pani Kasia usilowala zorganizowac spotkanie, ale ja w ostatniej chwili stchórzylam. Wiec przekazala mi tylko pozdrowienia od rodziców. Powiedziala, ze tacy staroswieccy sa, ale to tak maja bo sa starzy. Popatrzylam sie w akta pani Kasi – urodzila sie na rok przed moim pierwszym slubem – ha, wiec pewnie staruszkowie tacy starzy jak i ja! Ale nie, okazalo sie ze pare lat mlodsi, co mi jeszcze bardziej zaparlo dech w klatce z piersiami. Jakos tak mi ta normalna czesc zycia przemknela swinskim truchtem tuz przed nosem. Nie wiadomo kiedy. Ale trzeba patrzec do przodu i cieszyc sie tym, co jest. Wiec jem placek mamy pani Kasi i uczciwie ciesze sie, ze moge go spróbowac. Przynajmniej to.

A moze to wlasnie, Starbucksie, byl mój cel w zyciu, aby pania Kasie spotkac i paru rzeczy nauczyc? Moze pani Kasia uchroni nasza ludzkosc od zaglady, albo wymysli lek an AIDS, albo uczyni nas niesmiertelnymi? A moze to pani Kasia spotka kogos, na kogo zycie wywrze nieodwracalany i przemozny wplyw? Kto wie..

PODYSKUTUJ: