Deszczowa i ponura sobota

… gladko przemienila sie w deszczowa i ponura niedziele.

W wiadomosciach ciagle przewaza prezydent Wulff tudziez Costa Concordia: oba tematy smutne i przygnebiajace.

Wiatr i deszcz nie daja mi spac – mam duzo czasu na myslenie, a to niezdrowo sie zwykle konczy. Myslotok. Myslotok jest sprawa powazna, bo po kilku minutach wpada sie w obieg zamkniety usilujac przypomniec sobie, od jakiej mysli sie wlasciwie zaczelo. Oczywiscie – nic z tego – a podczas dochodzenia wpada sie w myslotok kolejny. I tak dalej.

„Czegóz ci wlasciwie moge zyczyc….” pyta sie retorycznie moja rodzicielka i zawiesza glos, usilujac zlozyc mi telefonicznie zyczenia. No wlasnie – czegóz? „Fajnie, ze zadzwonilas” przyrywam jej optymistycznie i prosze o ojca. Ojciec jest nieskomplikowany i po prostu. I cale szczescie. Mutant.

Trzy dni tak zwanego „wolnego” powinny byly przyniesc mi upragniony wypoczynek – i pewnie przyniosly, tyle, ze tego nie czuje. Pogoda za pieska, zeby jechac w Lubuskie, Emma, nasz bus-weteran, nie ma zimowych opon, a poza tym one nie lubi jak sie zimno, wilgotno i slisko. Spacer – brrrr… decyzja szybka i latwa – zostaje w rózowam szlafroku – w domu. Kaloryfery dzisiaj dzialaja – trzeba korzystac!

PODYSKUTUJ: