W moim biurze

… laduje zmartwiony kolega z sasiedniego laboratorium. Zmartwiony jest, poniewaz musi odwolac praktyke lekarki z Kuby, bo laboratorium wlasnie sie przeprowadza – calkiem dla wszystkiech niespodziewanie. A lekarka juz tu jest – przyleciala wczoraj i od poniedzialku mialaby u niego zaczac praktykowac. Biore wiec niechciana lekarke z Kuby do siebie. Nasza sekretarka, która pochodzi z El Salvador, pewnie sie tez troche ucieszy.

Slonce swieci zlociscie na calego. Za oknem wszystko bardzo ladnie wyglada – blyszczy sie (mimo ze nie zloto…), nabralo kolorów i robi pozytywne wrazenie. Chyba kupie zonkile (z cebulkami, w doniczce) do domu, bo jakos sie tak – mimo mrozu – wiosennie poczulam. Z kwiatami cietymi mam zawsze problem, ze to juz istoty zmarle – a smiercia nie ma sie co otaczac, sama przyjdzie. Przez caly grudzien i styczen ozdabialy nasze mieszkanie najpierw bordowe a obecnie lososiowe amaryllis. Niestety, tez juz powoli gasna i trzeba wprowadzic nowy kolor i nowe zycie do domu.

W drodze do pracy, idac przez park spotykam grupe przedszkolaków na spacerze. Na palta i kurtki wszystkie dzieci maja pozakladane jaskrawozólte kamizelki – takie jakie ma na przyklad policja, tyle ze malenkie. Wygladaja jak grupka kurczaczków. Co za swietny pomysl – wychowawczynie natychmiast moga dostrzec zgubione kurczatko…

PODYSKUTUJ: