Siedze ubrana

…we wrzosowy szlafrok przy kaloryferze w kuchni. Za oknem z olowianego nieba powoli saczy sie olowiany snieg. Radio cichutko podaje wiadomosci – jakis nieuczciwy pracownik banku przelewal sobie przez lata tysiace euro na wlasne konto. Tu troszeczke, tam odrobine- zadne duze sumy na raz, ale zawsze wychodzil na swoje – dopóki i wilka nie poniesli. Ach- po co te wiadomosci, lepiej tylko muzyka…

Czytam ksiazke Paulo Coehlo „Aleph” – kupilam wczoraj w ksiegarni w tlumaczeniu angielskim wracajac z CT. Ciagle mam opór do czytania ksiazek po niemiecku. Poza gazety prawie nie wychodze… Troche tak jak pewien pracownik warszawskiej stacji benzynowej, który lata temu bronil sie przed pomoca przy otwarciu baku samochodu mojego bylego malzonka. „Zrobie to, ale zrobie to niechetnie” powiedzial w koncu i tak tez uczynil.

Ksiazek Coehlo nie da sie czytac jednym tchem. Jego ksiazki to troche jak wrzaca aromatyczna herbata – trzeba siorbac malymi lykami i robic przerwy na delektacje. Wiec siorbie sobie po stroniczce i troche zla jestem, ze nie znam jezyka portugalskiego – bo moze byloby jeszcze bardziej aromatycznie?

Coraz mniej zloszcze sie na siebie (czy tez na los) za te chorobe, która na mnie spadla jak grom z jasnego nieba. Ide spac wtedy, kiedy jestem zmeczona. Spie tak dlugo, jak moje cialo tego potrzebuje. Pije herbaty ziolowe zamiast kawy z kafeteryjnej maszyny. Tak zwane wazne rzeczy przestaly byc tak cholernie wazne. W pewnym sensie znalazlam sie pod drugiej, dlugo niedocenianej, „odpadkowej” stronie zycia. Ilez jest tych stron… I kto je definiuje?

PODYSKUTUJ: