Lubelskie lotnisko…

…nie jest najmniejszym lotniskiem jakie znam, ale za to zdecydowanie ma największą ilosc pracowników. Przy kontroli osobistej uczestniczy sześć osób i dokladnie sprawdza wszystko co mam. Jestem jedyna pasazerka przechdzaca przez bramke i wszystkie rzeczy na tasmie sa moje.
„Czyj to laptop?” pada grozne pytanie w moim kierunku.
„Mój” wyjasniam sprawę krótko.
„Buty proszę zdjąć- maja metalową podeszwę” pada krótka komenda.
Zdejmuję bez dyskusji, bo dyskusja i tak nic nie da. Wiem dobrze, ze moje buty nie mają metalowej podeszwy – już wiele bramek kontrolnych maja za sobą, ale widocznie pan wie lepiej. Boso (ale w ostrogach) przedzieram się przez przeszkody pod czujnym spojrzeniem sześciu par oczu. Ok. Nic nie dzwoni, docieram do wrót czyli gates.

Przechodze przez imponujacej wielkości dutu free, ktorych nie powstydzilby się niejeden port lotniczy majacy wiecej niz jeden lot dziennie i dwudziestu pasażerów.
Za oknem przechadza się wopista z owczarkiem niemieckim na smyczy. Służbowe zwierzę. Wopista czesze go i siwe kłaki zaczynaja fruwać po nieskazitelnej plycie lotniska.

Czuje sie bezpiecznie i mysle, ze lubelskie granice panstwa tez tak sie czują- bezpieczne i chronione.

Mezczyzna w pomaranczowo-czerwo ej koszuli z krótkim rękawem rozmawia głośno przez telefon. Rozmawia po angielsku, z twardym akcentem. „Yes, yes! Okay okay! Bye bye!” brzmi nieskomplikowana czesc jego komwersacji. Na cale szczęście mężczyzna nie włączył głośników w telefonie, wiec nasza dziewietnastka nie musi cierpieć dwustronnie.

„Zapiekankę z kurczakiem proszę odebrać!” gromko niesie się po poczekalni głos pani z „So! Coffe”. Opada zloty pył kosmopolityczny i nareszcie robi się normalnie.

PODYSKUTUJ: