Mgla morska…

…spowila miasto. Dzisiaj rano obudzil mnie grom z jasnego nieba, potem byl deszcz, potem sie rozpogodzilo, potem bylo pelne slonce a teraz jest mgla i czubka nosa nie widac.

W tle akt drui tragedii malzenskiej. Dzisiaj zwierzali sie oboje ale osobno (oczywiscie). Obydwie strony byly zdania, ze przeciwna strona to potwor. Wniosek – wycofac sie rakiem. Wiec sie wycofuje.

Dzisiejszy wieczor to wieczor wyjazdow. Zegnam sie z kolezanka z Krakowa, zegnam sie z kolezanka z Warszawy. Jada tym samym pociagiem – nocnym ze Szczecina do Warszawy. Ilez lat jedzilam nocnym pociagiem na tej trasie… Wtedy ukladano nas w drewnianych kuszetkach, po dwoje dzieci na lezanke, jak sledzie. Wiozl nas dymowiec, czyli parowa lokomotywa, do ktorej zawsze czulam duzy respekt. Pamietam dobrze, ze myslalam, ze to zywe stworzenie… Dymowce sie skonczyly, a z nimi romantyka wiktorianskich podrozy. W pocigach nie otwieraja sie juz okna i nie mozna pomachac chusteczka do nosa, a i chusteczki do nosa – te z materalu – juz sie skonczyly.

Wszystko sie kiedys konczy, konczy sie tez malzenstwo znajomych i niestety – jak to zwykle bywa – w brzydki sposob. Szkoda, ze wlasnie to nie przeminelo….

PODYSKUTUJ: