Sen…

…to lekarstwo – mówi do mnie K. – spij jak tylko mozesz najdluzej.

Ba, latwo powiedziec, trudniej zrobic. Od tygodni budze sie o godzinie trzeciej z minutami. Czasem jest to trzecia dziewiec, czasem trzydziesci-dziewiec, prawie zawsze z dziewiatka na koncu. W ciagu ubieglych tygodni zrobilam sie niemila dla otoczenia, od paru dni warcze na wszystkich i zapominam prostych rzeczy.

„I jak sie czujesz?” pyta mnie milo sekretarka Wielkiego Szefa „co cie do nas dzisiaj sprowadza?”.
„Czuje sie jako tako a sprowadza mnie zebranie” odpowiadam sucho.
„Ale to przeciez nie dzisiaj tylko w przyszlym tygodniu!” zalamuje rece sekretarka.
Lzy cisna mi sie do oczu, widze, ze robi sie niewesolo i ze trace kontrole nad rzeczywistoscia.

Wczoraj tez bylam za wczesnie, ale tylko o godzine…

Tak wiec kiedy wczorajszym popoludniem moje gardlo zaczelo palic zywym ogniem a z nosa kapac, to odczulam to jako fizyczne poddane sie mojego organizmu. I wtedy wlasnie K.wyjezdza  z tym spaniem – a przeciez moje przeziebienie to skutek bezsennosci, a ona zaleca mi sen! Co za paradoks.

Ostatniej nocy, pierwszy raz w tym roku omija mnie spontaniczna pobudka okolo trzeciej rano. Spie jednym ciagiem, dwanascie godzin. Nie ma co, przydalo mi sie to przeziebienie – JAK ZNALAZL!

PODYSKUTUJ: