Sztokholm wita….

…zimnymi egipskimi cimnosciami. To szok po berlinskiej zlotej polskiej jesieni….
Jutro ma byc upał – 11 stopni…

Przejzdzam przez sztkoholmskie przedmieścia – wjezdzam do Solna, dzielnicy w ktorej spędzę najbliższe dni. Zamawiam kolację – tu szok, płacić trzeba z góry. Oburzam się, ale płacę. Trudno – co kraj to obyczaj.

Hotel to stary palac, piekny z zewnatrz a w środku po szwedzku, praktycznie ale nie zabytkowo. Szkoda. Naookolo olbrzymi park – jutro rano pojde na spacer, zeby sobie wszystko lepiej obejrzeć.

Oscar juz spi, ma swoje wlasne łóżko, skubaniec. Powinnam jeszcze zrobic tysiac rzeczy, ale nie mam sily. Czy jest roznica między „nie mam siły” a „nie chce mi się”? Chyba mała, ale jest. Ja nie mam siły. Opozniony samolot do Frankfurtu, bieg aby zlapac samolot to Sztokholmu, wczorajsze wyklady, wszystkie rzeczy dziejace sie na fabryce… Oslabiona jestem tym wszystkim no i oczywiscie starzeje się.

Naokoło kudzie porozumiewaja sie jezykiem, ktory brzmi jak plyta puszczona w zlym kierunku. W restauracji trwa impreza, wstęp tylko dla zaproszonych gości. Ludzie w barze, w ktorym w kucki spozywalam moj posilek, gwarza, ale taki przyjemny to gwar. Wysokie obcasy u pan, tak wysokie ze az mi sie w glowie kręci jak na nie patrzę. Panowie za to ubrani po sportowemu i oczywiscie wszyscy brodaci. Duzy kontrast. Beauty and the beast.

Ach, ide zapalic a potem spac.

PODYSKUTUJ: