Trasa szybkiego ruchu

 

Jadę na Podlasie słynną ósemką, czyli S8, obecnie przerabianą na trasę szybkiego ruchu. W kilku miejscach jest już przerobiona, do tajemniczego skrętu w wąską i krzywą drogę do mojej wsi ( coś jak na zdjęciu)  – pokonuję trzy odcinki bardzo cywilizowanej dwupasmówki. Między nimi roboty drogowe, samo w sobie zjawisko ciekawe i czarodziejskie, gdyż ruch raczej mozolny, co parę kilometrów stoi gość w kasku i macha sobie lizakiem, ciężarówka się leniwie przesunie, grupka robotników niespiesznie pali papieroska, a szosy jednak przybywa. Pomiędzy kulturalnymi dwupasmówkami – jedziemy krętymi wstążkami asfaltu w przebudowie. W liczbie bardzo mnogiej, bo oczywiście korki koszmarne. Nie tylko mały zardzewiały spychaczyk, prujący dziesięć na godzinę nie zjedzie, żeby uprzejmie przepuścić sznur szybkich samochodów, ale wszędzie zakaz wyprzedzania i co rusz przestraszona baba jak ja – a taka przy zakazie nie wyprzedzi. Nawet spychaczyka. Więc tak sobie jedziemy sznurkiem, jedni zrezygnowani, drudzy z przekleństwami na ustach, coraz bliżej podlaskiej ziemi. Coraz więcej oznak, że będzie tu Europa. Nie ma lekko! Zanim będzie raj, trzeba pocierpieć, zanim stanie się szybko, trzeba wolniutko. Jestem pierwsza za spychaczykiem. Facet w jakimś dużym aucie próbuje jednak wyprzedzać proszę bardzo. Zakręt, tiry z przodu, ledwie uniknął starcia. Jestem druga za spychaczykiem. I spoko.

Bo to trzeba jak ja pracować w magazynie psychologicznym, żeby taką sytuację umieć wykorzystać i ujrzeć w niej ćwiczenie rozwojowe. Jak? Różne są metody. Mindfulness, czyli pochwała tu i teraz. Umysł wyrywa się do przodu, chce już mijać miasta i wsie, a ty nie – tu: metr po metrze, teraz: dotykasz oponkami każdej chwili. Po co się spieszyć? Faceci w kaskach jak filozofowie (pewnie stoicyzm im nie obcy) wzorowo pokazują, że nie warto. Po co stres? Co się stanie? Dojedziesz godzinę później? No to co?

Ty się ciesz się bezpieczeństwem – przy tej szybkości, szanse na kraksę żadne, byle nie wyprzedzać. Ty się ciesz chwilą, podziwiaj widoki. No chyba że mgła… ale mgła to już inna opowieść podlaska, na następny raz.

PODYSKUTUJ: