Polska płotami stoi. Konstancin.

Weekend pod wezwaniem trilleru zapewniał mocne doznania  pogodowe. Piękne, całkiem ciepłe słońce przesłaniały co chwila ciemno-granatowe chmury, to znów za chwilę niebo rozświetlało się radosnymi, puchatymi barankami obłoczków, które zastępowały potworki niosące gradobicie. Ot wiosenka pełną gębą. Lubię taka zmienność, przynajmniej jest ciekawie i można do kogoś wpaść na niezapowiedzianą herbatę wymawiając się zmoknięciem.

IMG_6273

Na niedzielną destynację wybraliśmy Konstancin, nie dlatego że lubimy w weekendy poczuć się jak nuworysze a.d. ‘98, ale w poszukiwaniu lokacji do reklamy. Nie znam za dobrze podmiejskich części Warszawy, w Konstancinie zdarzyło mi się być raz, tak więc z tym większym zainteresowaniem robię sobie takie wyjazdy.

Powojenna historia Konstancina jest z rodzaju tych smutno-komunistycznych. W willach zamieszkali lokatorzy komunalni co spowodowało szybkie niszczenie architektury i ogrodów. Skutki widać do dzisiaj. Wiele, zwłaszcza starych budynków jest w całkowitej rozsypce. Zaraz obok pysznią się wielkie pałace powstające od lat 90. Wiele willi wystawionych jest na sprzedaż, jednak nabywców brak. Na szczęście zielony teren nie ucierpiał za nadto przez lex Szyszko. Dojmująca jest ilość płotów. Wąskie uliczki sprawiają wrażenie kanałów przelotowych zamkniętych z każdej strony gęstą kratą. Jak zupełnie inaczej wyglądałoby uzdrowisko, gdyby nie nasza narodowa potrzeba odgradzania się od sąsiadów i nieproszonych gości.

Miasteczko jak miasteczko, pozostawiające dużo smutku z odrobiną nadziei, ale prawdziwym odkryciem dla mnie był pałac w Oborach. Przebudowany z drewnianego dworu pod koniec XVII wieku przez jednego z najbardziej znanych w Polsce, barokowych architektów Tylmana z Gameren. Pałac położony jest w pięknym, teraz trochę zapuszczonym parku. Ten charakter nieuporządkowania dodaje mu uroku. W gospodarstwie położonym na terenie parku pasą się czarne, włochate owce, gdzieś na skraju ustawiono kolorowe ule. Przez całą posiadłość przepływa zarośnięta rzeczka. Ochrona jest bardzo miła i o dziwo chętnie wpuszcza na teren parku. Również właścicielka gospodarstwa otwiera drzwi z uśmiechem i mówi, że można spacerować, bo to przecież nikomu nie przeszkadza… Dziwy!!

Dwa lata temu pałac wrócił do rąk prawowitych właścicieli, spadkobierców rodziny Potulickich. Cieszą mnie takie koleje, ale zobaczymy jeszcze jaki to typ spadkobierców, ten zamykający na tysiąc kłódek czy ten chętny do współpracy. Na razie wygląda obiecująco.

IMG_6277

IMG_6276

IMG_6274

PODYSKUTUJ: