Dobrze

img_8726Potrafimy bezbłędnie stwierdzić, kiedy nasze życie nie wygląda tak, jak byśmy chcieli. Właściwie ciągle nam czegoś brakuje. Mamy mieszkanie, marzymy o większym, mamy samochód marzymy o nowszym, mamy pracę marzymy o lepszej. Nawet, gdy wszystko przebiega poprawnie, to zawsze znajdzie się coś, co nas uwiera.
Byliśmy na cudownych wakacjach, a 3 miesiące później marudzimy, że ta jesień jest nie do wytrzymania, że czujemy się przybici, że to wszystko jest nie do wytrzymania, że mamy dosyć.

A kiedy jest dobrze?
Czy na cudownych wakacjach jest dobrze? Na zdjęciach, które wrzucamy do sieci jest oczywiście idealnie, ale często będąc na miejscu też narzekamy. Bo za gorąco, za drogo, albo dzieci za głośno krzyczą.
Trochę wyolbrzymiam, ale kiedy ostatnio przyznaliście sami przed sobą, kurcze, ale mi dobrze?

Wczoraj byłam na Mikołajkach z dziećmi, pogoda nie dopisała, mówiąc wprost było paskudnie i z całej masy przewidzianych na świeżym powietrzu atrakcji pozostały tylko zdjęcia z reniferami i przemoczonym Mikołajem na saniach. Potem w sali dzieci mogły pobawić się w kulkach, układać klocki, zrobić kolorowy tatuaż. Organizatorzy przepraszali wszystkich kilka razy, tak jakby kaprysy pogody były w jakikolwiek sposób zależne od nich. Dzieci i tak były zadowolone. Ja faktycznie mniej, ale patrzenie na przykład na Jadzię, która w tiulowej białej sukience z piskiem zachwytu zjeżdżała ze zjeżdżalni przeznaczonej dla o połowę młodszych dzieci w zupełności mi wystarczało.

Na obiad dziewczynki zażyczyły sobie pierogi ruskie. Mogliśmy zjeść je gdzieś na mieście, ale zaproponowałam, że zrobię je sama.
Pewnie, wygodniej byłoby kupić gotowe, ale wtedy mlaskania, mruczenie i ” Mamo, ale to dobre” już nie pieściłyby mnie tak bardzo.

Dzisiaj spotkałam się z moją znajomą, która z przejęciem opowiadała mi o swojej nowej pasji. Pokazywała ekstremalne zdjęcia, filmiki, a mnie, mimo siedzenia w ciepłej, przytulnej restauracji oblewał zimny pot z przerażenia, bo nie wyobrażałam sobie siebie na jej miejscu, ale widziałam jak wielką radość to jej sprawia. Gadałyśmy prawie 4 godziny, nie mogłyśmy się rozstać. Zbierałam się z 5 razy, a potem znowu coś nam się przypominało i mijało kolejne pół godziny.
Przed powrotem do domu zahaczyłam jeszcze o sklep, w którym kupiłam dużą ( 50×70) ramę do obrazu, który moja Karola namalowała w prezencie dla swojej babci, a mojej mamy. Jest piękny, a z ramą wygląda jeszcze lepiej.

W domu już czekał na mnie Seba z Józiem, chwilę później przyszły dziewczynki. Nessun dorma z opery Turandot Puccini’ego, a JJ w filcowym kapeluszu z Jadzią wiruje dookoła choinki…

Jest dobrze.

PODYSKUTUJ: