Kulturalny luty

Materiały prasowe

Walentynki. Nie napiszę, co kupić miłej sercu osobie. Ale prezenty będą – dla singli i tych, którzy czują się singlami. Oto trzech ekscentrycznych mężczyzn: szczypta medycyny, sensacji i ezoteryki. Nie tylko dla kobiet.

reklama

Miła, pofarbowana na heban pani doktor powiedziała: „Ja bym tej biopsji nie robiła, bo to pewnie nic groźnego. Ale jeden lekarz powie, że jednak lepiej zrobić, drugi, że nie i za dwa miesiące pojawi się tu pani całkiem rozbita. Więc ją zróbmy”. Posłuchałam. Nie bardzo się też bałam – jak na mnie. Dlaczego?

Kilka dni wcześniej wyjęłam z papierowej torebki pudełko z szóstym sezonem serialu „Dr House” (DVD, dystr. TiM Film Studio 2010). Ucieszyłam się i cały dzień czekałam niecierpliwie, kiedy wsunę pierwszą z pięciu płyt do odtwarzacza. Choroby, szpital i cynizm genialnego doktora mogą irytować. Ale nie mnie. Pewnie wierzę, że widując tyle chorób, przechytrzę los i sama nie zachoruję. To dziecinne, ale nie ma w tym nic złego, jeśli mimo tej odrobiny magii robi się badania okresowe. Ja robię. Filmowy dr House działa nie tylko na mnie. Jak mówi moja ulubiona lekarka dr Monika, co jakiś czas pojawiają się w jej gabinecie pacjenci oczekujący od niej błyskotliwych diagnoz à la dr House. Są naprawdę zawiedzeni, kiedy stwierdza u nich banalną anginę albo pospolite zapalenie ucha. I jeszcze jedno: szósty sezon zaczyna się niesamowicie: House staje się człowiekiem. Ale czy na długo?

Rano, stojąc przed lustrem i malując się, powiedz sobie: „kocham cię, choć nadużywasz alkoholu i słodyczy, chodzisz tylko na nieudane randki i nawet psa nie możesz sobie sprawić, bo wciąż jesteś w pracy”. Jeżeli się golisz, a nie malujesz, powiedz tak: „kocham cię, choć zarabiasz mniej niż szwagier, twój wzwód przegrał ostatnio z siłą grawitacji, a kryzys wieku średniego masz od matury”.

Jeśli chociaż w części identyfikujesz się z tymi słowami, to „Niespokojny człowiek” Henninga Mankella (wyd. W.A.B. 2010) jest książką dla ciebie. Ostatnia z cyklu powieści o policjancie Kurcie Wallanderze to nie najlepsza lektura dla tych, którzy zawsze starają się być na fali, myślą, że modne ciuchy są ważniejsze niż domowe ciasto, a wakacje w Grecji lepsze niż szczeniak labradora. Kurt Wallander wie, co znaczy czuć się przegranym i samotnym. Ma za dużo lat, za dużo kilogramów, a za mało miłości i radości życia. On nie robi kariery ani nie kupuje najnowszych gadżetów. Ale też lubi się go od pierwszych zdań powieści. Walczy ze złem – tak jak umie – pocąc się, męcząc, robiąc błędy. Widzimy, że nie trzeba mieć nadprzyrodzonych mocy, by stawać po stronie pokrzywdzonych. Kurt ma cukrzycę i bywa arogancki, ale nigdy nie myli dobra ze złem i – nie śmiejcie się – uważam go za swojego przyjaciela.

W prostokątnym pudełku z napisem „Karty przemiany” Osho (wyd. Kos 2004) leżało 60 kart i książeczka z przypowieściami wyjaśniającymi ich przesłanie. Moja przyjaciółka potasowała karty i rozłożyła w wachlarz. Ja zadałam kartom pytanie i wyciągnęłam jedną z nich. Przedstawiała drzewo rosnące samotnie pośrodku poręby. Rozłożyste, zielone gałęzie i brunatny pień otaczały setki pniaków. Dlaczego wycięto tyle drzew, a to właśnie ocalało? Było zbyt twarde i sękate, by posłużyć ludziom do budowy domów czy zrobienia mebli. Nie nadawało się nawet na opał, bo zapach dymu był nieprzyjemny.

Bądź jak to drzewo – zupełnie bezużyteczna, a staniesz się wolna i szczęśliwa – radzili mi autorzy przypowieści. Bądź jak poezja, bądź jak życie. Po prostu – bądź. „Spróbuję” – postanowiłam, choć gdy od dziecka było się kochaną za coś, to nie takie proste. Bądź jak drzewo, szukaj słońca… A nawet nie zauważysz, kiedy okaże się, jak wielu ludzi może odpoczywać w twoim cieniu. Bo dla boskiego planu użyteczności wystarczy, że jesteśmy. Karty Osho to 60 szczególnie cennych przypowieści zaczerpniętych z tradycji zen, sufizmu, tantryzmu, taoizmu, mistycznego chrześcijaństwa i judaizmu.